Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mówiąc poważnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mówiąc poważnie. Pokaż wszystkie posty

4/12/2022

Praca bez sensu

Praca bez sensu

Czy Ty też czujesz, że Twoja praca jest bez sensu? Że nie przynosi żadnych istotnych korzyści, nie zmienia świata na lepsze? Że gdyby Twoje stanowisko pracy, firma, w której pracujesz, cała branża zniknęły z powierzchni Ziemi to… nic by się nie stało?

 

Zbliżenie na mężczyznę od pasa w dół, ubranego w niebieską marynarkę i dżinsy, który jest w ruchu, a w ręce trzyma brązową aktówkę.

Owszem, utrata pracy niezaprzeczalnie jest dla wielu tragedią. W systemie, w którym przyszło nam żyć i do którego musimy się dostosować, bez pieniędzy praktycznie nie możemy nic. Pozbawieni środków do życia, jeżeli nie mamy poduszki finansowej w postaci przynajmniej pretendującej do średniej klasy rodziny, lądujemy na bruku. I to nie tylko tym przysłowiowym. Strach przed tym upadkiem jest chyba jedynym motorem napędowym dla pracujących. Nawet, jeśli w głębi duszy czują, że ich praca jest bez sensu i chętnie rzuciliby się z wieżowca, by zakończyć swoje, mające trwać prawie całe życie, cierpienie.

Możesz w tej chwili polecieć klasykiem „to zmień pracę i weź kredyt”. Z logicznego punktu widzenia, zmiana pracy wydaje się być rozsądnym rozwiązaniem, tylko, co w sytuacji, gdy musisz wybierać między sensem pracy a wynagrodzeniem, dzięki któremu Ty i Twoja rodzina nie umrzecie z głodu?

Zauważ, że każda praca, która przynosi jakąkolwiek korzyść społeczeństwu, jest kiepsko opłacana: nauczyciele, lekarze, pielęgniarki, osoby sprzątające, sprzedawcy w sklepie… Z jakiegoś powodu zgodziliśmy się na to, by ci, których praca ma znaczenie, „żywili się” ideą, a reszcie… rekompensuje się brak sensu pieniędzmi. Dokładnie tymi samymi, które są niezbędne do codziennej egzystencji. Co więcej, im mniej wycieńczającej pracy jest na danym stanowisku, tym więcej się zarabia: kierownicy zarabiają więcej od swoich podwładnych, dyrektorzy od kierowników, prezesi firm od dyrektorów itd. Ci, którzy robią najwięcej, dostają najmniej.

Idealnie ujął to David Graeber w swojej książce „Praca bez sensu”:

[Ludzie] stają wobec sytuacji, w której z jednej strony wprawdzie mogą wybrać wykonywanie użytecznej i ważnej pracy /.../, ale niemal otwartym tekstem komunikuje im się, że gratyfikacja płynąca z pomagania innym powinna wystarczyć im za nagrodę i to do nich należy znalezienie sposobu na opłacenie rachunków, z drugiej zaś strony mają do wyboru przystanie na bezsensowną i upadlającą pracę, w której rujnują swoje umysły i ciała bez wyraźnego powodu, poza powszechnym przekonaniem, że jeśli ktoś nie angażuje się w pracę, która rujnuje ich umysł i ciało, mniejsza o to, czy istnieje po temu dobry powód, wówczas nie zasługuje, by żyć.

Dygresja: to jedna z tych prac naukowych, na które uwielbiam się powoływać, bo jest niesamowicie celna. David Graeber ubrał w niej w słowa wszystko, co myślę o systemie pracy. I to dzięki niemu przekonałam się, że nie jestem w tych poglądach osamotniona.

To nie moje widzimisię

Obserwując media społecznościowe widzę, że nie tylko ja dostrzegam bezsens w pracy. Dla pokoleń urodzonych po transformacji praca przestała być nośnikiem społecznej użyteczności (jak dla naszych rodziców przeżywających młodość w PRL-u), co więcej – przestała być nawet sensownym środkiem do życia. Jaki w końcu jest cel wykonywania pracy, z której otrzymujesz tyle, że wystarcza jedynie od pierwszego do pierwszego? Kiedy z wynagrodzenia nie jesteś w stanie nawet odłożyć oszczędności? Badania pokazują, że co czwarty Polak nie posiada żadnych oszczędności, a u 1/5 badanych wystarczają one do przeżycia dwóch tygodni! DWÓCH.

Idźmy dalej – na kilkudniowy wyjazd urlopowy odkładasz cały rok, o ile w ogóle wyjeżdżasz gdziekolwiek. W większości firm nadgodziny są bezpłatne i jest to tak częste zjawisko, że pracownicy nawet z nim nie walczą (już nie mówiąc o instytucjach, które powinny bronić praw pracowników, a nie działają wcale).

Kolejna rzecz to idiotyczna długość dnia pracy. Już niejedne testy udowodniły, że przy obecnej technologii spokojnie można by skrócić dzień, a nawet tydzień pracy. Jednak tylko nieliczne firmy na świecie decydują się dać żyć swoim pracownikom. Więc musisz siedzieć w tej kretyńskiej, bezsensownej pracy określoną liczbę godzin, nawet jeśli swoją pracę jesteś w stanie wykonać w krótszym czasie, ale broń Boże się do tego nie przyznawaj! Wtedy doczekasz się nie pochwał za produktywność i efektywność, ale więcej, jeszcze więcej tej bezsensowej pracy.

Czy możemy coś z tym w ogóle zrobić?

Jedynym antidotum na rozgoryczenie, zalecanym przez „specjalistów z internetów” jest założenie własnej firmy. „Jak taki mądry jesteś, to załóż własną firmę, zobaczysz, jak to jest” – piszą. Tylko, jeżeli wszyscy będziemy właścicielami firm, to kto będzie pracował? I dlaczego remedium na bezsens pracy etatowej ma być otworzenie własnej firmy, czyli de facto tworzenie kolejnych bezsensownych miejsc pracy, a nie wprowadzenie zmian systemowych?

W latach 30. ubiegłego wieku naukowcy wieszczyli wielkie zmiany, jakie miały nastąpić w naszych czasach – dzięki technologii mieliśmy pracować 15 godzin tygodniowo, a przez resztę korzystać z życia. Rzeczywistość jednak wygląda inaczej, bardziej przypomina dystopijną wersję świata styranego i pełnego niesprawiedliwości, gdzie 1% bogatych wyzyskuje pozostałe 99% społeczeństwa, wmawiając im, że mogą dojść do bogactwa, jeśli tylko chcą. Roztaczają wizję życia w luksusie, na który, powiedzmy sobie szczerze, nikogo z nas nie będzie stać nawet gdybyśmy żyli po 300 lat. Jak w „Igrzyskach śmierci” czy „3%”, gdzie gorsi ludzie są oddzieleni od wybrańców i muszą spełnić określone wymagania, by przebić się do lepszego świata (co i tak jest niemalże nie do zrobienia).

„Pracuj więcej, dłużej i wstawaj wcześniej”. To już nie działa, już wiemy, jesteśmy świadomi, że to nie przyniesie nam nic, prócz zmęczenia, stresu i chorób. Ale tylko nam, pracującym na dole drabiny.

Zadziwiające jest jednak to, jak dla wielu osób, które ledwo odbiły się od najniższej krajowej, ten niewielki wzrost sprawił, że uważają się już za klasę średnią. I to oni najczęściej bronią przestarzałego, niepasującego do naszych czasów systemu, podczas gdy niewiele, bo zaledwie dwie niespłacone raty kredytu dzielą ich od bezdomności.

3/03/2022

Wojna, w którą nikt nie wierzył

Wojna, w którą nikt nie wierzył

Tłumy ludzi na ulicy między nowoczesnymi budynkami, pośrodku powiewa ukraińska flaga.

Wojna w Ukrainie trwa od ośmiu lat, jednak do samego końca wierzyłam, że Putin nie wkroczy ze swoim wojskiem na teren suwerennego państwa. Nie mieściło mi się to w głowie. To nielogiczne - powtarzałam sobie. Wojna konwencjonalna jest bez sensu w obecnych czasach. Uzależnienie gospodarcze i ekonomiczne, owszem, to by się sprawdziło, ale nie posyłanie młodych chłopców na rzeź. No, i wreszcie - na co komu dodatkowe tereny? Przecież to kolejne gęby do wyżywienia. Nie wierzyłam...

24 lutego 2022 roku obudziła mnie wiadomość od jednego z przyjaciół - Rosja napadła na Ukrainę. Sparaliżowało mnie. Z moim D. przy porannej kawie, zamiast normalnych rozmów, ślęczeliśmy z twarzami w smartfonach i wymienialiśmy się znalezionymi informacjami. 

Później nastąpiło kolejne zderzenie z rzeczywistością: za przysłowiową ścianą giną ludzie, a my musimy iść do pracy i wykonywać swoje obowiązki, jakby nic się nie działo. To było chyba najtrudniejsze. Pierwszego dnia inwazji moje myśli krążyły wokół Ukraińców, praca miała dla mnie drugo, a nawet trzeciorzędne znaczenie. Irytowałam się, że muszę pracować i nikt w mojej firmie nawet nie wspomniał o tym, co się dzieje. Pracujemy - dzień jak co dzień. Czułam się przybita i sfrustrowana. Być może mogłam podjąć temat, ale za bardzo obawiałam się oskarżenia o sianie paniki czy odciąganie innych od obowiązków. Czy słusznie? Tego już się nie dowiem.

Od tygodnia wstaję i zasypiam przy dźwiękach amerykańskich samolotów wojskowych, które oblatują przygraniczne niebo. Cokolwiek robię, ten dźwięk przypomina mi o tym, co dzieje się tuż za polską granicą i uaktywnia strach przed bombardowaniem. Prawdopodobnie wyimaginowany strach.

Przez moje miasto przetaczają się tysiące uchodźców uciekających przed wojną. Pytamy ochronę dworca, co jest potrzebne w danej chwili i lecimy do sklepu po zaopatrzenie. Nie jesteśmy lekarzami, nie jesteśmy tłumaczami, robimy tyle, ile możemy, a jednak wciąż gdzieś w głowie kotłuje się myśl, że to za mało.

Na Twitterze trafiam na akcję z wystawianiem opinii w Google Ads. Piszą, że lepiej na mapach Yandex, bo tam Rosjanie czytają opinie. Wchodzę na maps.yandex.ru, wyszukuję Moskwę, znajduję kilka restauracji i przygotowuję treść. Nie jest łatwo. Nagle okazuje się, że brakuje mi słów. Co mogłabym powiedzieć ludziom, których despotyczny przywódca napadł na inny kraj, a oni mogą nawet o tym nie wiedzieć przez cenzurę? Zbieram się w sobie i w końcu wymyślam:

Do narodu rosyjskiego: Putin napadł na Ukrainę. 

Cały świat sprzeciwia się tej agresji. 

Żołnierze rosyjscy zabijają niewinnych ludzi w Ukrainie. 

Bracia i siostry, zatrzymajcie Putina! Jak nie Wy to kto?

Wrzucam w kilka wybranych restauracji i czuję ulgę. Jeszcze jedna mała rzecz, żeby chociaż jedna osoba to przeczytała i żeby zrozumiała, co się dzieje.

Jak się okazuje, dwa dni po wrzuceniu opinii, moje konto zostało zablokowane.

Internet stał się wylęgarnią fake newsów - straszenie inwazją i cenami paliw, podjudzanie agresji wobec uchodźców (szczególnie wobec tych o ciemniejszej karnacji). Widzę, jak wielu ludzi łapie się na takie oczywiste kłamstwa i zastanawiam się, dlaczego nie weryfikują tych informacji? Zastanawiam się, na które nabiorę się ja... Czy może już się nabrałam?

Czytam, że w Przemyślu agresywni mężczyźni zaatakowali działaczy organizacji pomocowych. Nacjonaliści wypełzli ze swoich nor i znów sieją spustoszenie, a ja opadam z sił. 

Nie wierzę w ataki uchodźców na Polaków, nie wierzę, że w pociągach grożą ludziom nożami i że kradną paliwo ze stacji benzynowych. Na żadną z tych rzeczy nie widziałam dowodu. Widziałam za to nagranie dziennikarki Oko.press, na którym polscy kibole atakują ludzi na dworcu kolejowym. To jest dla mnie wiarygodne.

W tym wszystkim szukam nadziei. Kijów wciąż się broni, Ukraina została przyjęta do Unii Europejskiej, Putin traci żołnierzy i sprzęt, a Zełenski jest najodważniejszym prezydentem jakiego widział ten świat. Romowie przejmują rosyjski czołg, obrońcy Wyspy Węży prawdopodobnie żyją i pozostaną bohaterami, podczas gdy rosyjski okręt wojenny może іди на хуй. 

Europa wyciągnęła lekcję z II wojny światowej i zdaje egzamin jako sojusznik zaatakowanego państwa. Jest wsparcie militarne i gospodarcze. Rosję dotyka prawdziwy cancel culture - od błahych rzeczy jak usunięcie figury Putina z Muzeum Figur Woskowych, przez wycofanie się prywatnych firm z kraju, po odcięcie z systemu SWIFT.

Wielu Polaków pomaga. Są na granicy, przyjmują uchodźców do swoich domów, dzielą się tym, co mają. Okazało się, że w obliczu tragedii wcale nie musimy czekać na działania rządzących. Działamy sami i to jest piękne. 

Wierzę, że tych dobrych ludzi w Polsce jest więcej. Pomagają po cichu, nie potrzebują takiego rozgłosu jak nacjonalistyczna hołota, która zrównałaby z ziemią wszystko, co według niech niepolskie. Wierzę, że to ich czyny zostaną zapamiętane.

Złość, smutek, strach, rozpacz, nadzieja - każdego dnia przelewa się przeze mnie tyle emocji. A to dopiero pierwszy tydzień inwazji na Ukrainę.

11/08/2021

To jestem ja i bardzo się boję - o pierwszej rozmowie z psychoterapeutą

To jestem ja i bardzo się boję - o pierwszej rozmowie z psychoterapeutą

Ogrodzenie z siatki przy drodze, na którym są powieszone trzy kartki, tworzące napis "Don't give up, you are not alone, you matter". Za ogrodzeniem rosną zielone drzewa.


Po roku rozważań wszelkich "za" i "przeciw", zrobiłam to. Umówiłam się na swoją pierwszą wizytę u psychoterapeuty. Dotarłam do etapu, w którym sama już sobie nie potrafię pomóc i mimo że ciągle w głowie odzywa się głos, że inni mają gorzej, a ja wyolbrzymiam, posłuchałam serca.

Łatwo radzić innym

Nie zliczę, ile razy mówiłam swoim bliskim, że traktują się zbyt surowo, że nie powinni tak krytycznie na siebie patrzeć i w końcu - że będzie dobrze. Wielokrotnie powtarzałam, że powinni z większą czułością podchodzić do samych siebie oraz że jeżeli mają taką potrzebę, zawsze mogą przyjść, a ja ich wysłucham. Brzmi pięknie, prawda? Szkoda tylko, że tych samych rad nigdy nie potrafiłam zastosować do siebie.

Zawsze stawiałam sobie wysoko poprzeczkę - jeżeli nie ja, to kto da radę? To ja jestem podporą dla innych. Muszę być zawsze czujna i gotowa. Muszę wszystko ogarnąć i panować nad sytuacją. W innym wypadku zapanuje chaos. Tak przeżyłam ostatnich siedem lat. Siedem lat ciągłego czuwania i przewidywania czarnych scenariuszy. Siedem lat udowadniania innym swojej wartości. Siedem lat dążenia do jakiegoś niedoścignionego ideału: nie mogę się pomylić, nie mogę popełnić błędu, bo wydarzy się jakaś katastrofa. No więc mam tę swoją katastrofę i prawdę powiedziawszy, czuję się fatalnie.

Odejść i zapomnieć

Zrozumienie, że potrzebuję pomocy przyszło po odejściu z pracy, która mnie wykańczała. Jak sama zauważyłaś, od roku na blogu nie pojawił się nowy wpis. Zwyczajnie nie miałam siły. Wydawało mi się, że jeżeli na chwilę opuszczę gardę, to życie uderzy mnie prosto w twarz, a gdy upadnę, dodatkowo skopie po nerkach. W pracy ogarniałam wszystko: kryzysowe sytuacje z klientami, kryzysy wewnątrz firmy, wszelkie plany i rozkład pracy. Gdy już myślałam, że pożar ugaszony, zamaszystym krokiem, rozpychając się łokciami, wchodził mój szef. Podważał każdą decyzję, którą podjęłam, zawalał każdy termin, który ustaliłam z klientem, zmieniał budżety reklamowe, nie informując mnie o tym. Mówiąc najkrócej - robił ze mnie bardzo niekompetentnego pracownika. I po dwóch takich latach, dokładnie tak się czuję.

Myślałam, że opuszczając firmę, zostawię w niej też wszystkie negatywne emocje, jednak one podążyły za mną i to był ten moment, w którym zrozumiałam, że sama sobie z tym nie poradzę. Nie potrafię już stanąć obok i ocenić obiektywnie sytuacji.

Czy zapisanie się na psychoterapię było łatwe? 

Absolutnie nie. Z zamiarem nosiłam się już od dobrych kilku miesięcy, ale ilekroć zaczynałam poszukiwania specjalisty, kończyłam je zdaniem: "przesadzasz, inni mają gorzej". Nawet gdy już wybrałam specjalistę i zapisałam się na wizytę, ten głosik w głowie nie odpuszczał. Prawie ją odwołałam, gdyby nie moje poczucie obowiązkowości. "Powiedziałaś A, to teraz trzeba powiedzieć B". W końcu nie można zawracać komuś głowy, zajmować harmonogram i jeszcze odwoływać. To jest niedojrzałe.

Tutaj są moje emocje, proszę nie strzelaj do mnie

To dzisiaj odbyło się to spotkanie. Przed nim miałam pustkę w głowie. Zupełnie nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Nie miałam też w związku z tym żadnych oczekiwań. Starałam się wierzyć, że osoba, z którą będę rozmawiać, wie, co robi. I jakoś poszło.

Nie będę Cię oszukiwać, nie było lekko i przyjemnie. Już w pierwszych minutach się rozpłakałam, gdy tylko wspomniałam, z czym mam problem. Silne emocje nie opuszczały mnie przez całą godzinę. Równocześnie wydawało mi się, że powiedziałam za dużo i że nie powiedziałam nic, a po wszystkim... czułam się bezradna i odsłonięta. Wciąż tak się czuję. Jak postawiona na poligonie tarcza strzelecka. Tutaj są moje emocje, proszę nie strzelaj do mnie.

Trafianie pierwszą wizytę u psychoterapeuty podsumowała moja przyjaciółka: czułam się, jakbym się rozebrała do naga przed obcymi ludźmi i miałoby mi to pomóc.

To dopiero pierwsza rozmowa, nie zamierzam się jeszcze poddawać. Wiem, że jedno spotkanie nie dokona cudu i nie uzdrowi mnie, więc szukam w sobie siły do kolejnego, które odbędzie się za dwa tygodnie.

Jest we mnie dużo emocji. Cały czas roztrząsam, czy powiedziałam coś źle, czy zostałam dobrze zrozumiana i co psychoterapeutka sobie o mnie pomyśli. Co jakiś czas pojawia mi się w głowie myśl, że muszę do niej napisać i sprostować to, co powiedziałam. Próbuję odzyskać kontrolę, znów schować wszystko głęboko. Przykryć grubą warstwą ziemi i udawać, że nic się nie stało.

Wciąż zastanawiam się, czy wyolbrzymiam swoje problemy. Może po prostu powinnam wziąć się w garść?

Gdybym usłyszałam to od Ciebie, powiedziałabym: jeśli potrzebujesz pomocy, nie ma w tym nic złego i nie świadczy o Twojej słabości. Wzięcie się w garść to nie rozwiązanie problemów, a zamiecenie ich pod dywan. Silne emocje są zrozumiałe, ponieważ przeżywasz coś, delikatnie mówiąc, nieprzyjemnego. Nie musisz spełniać niczyich oczekiwań, możesz odpuścić. Dbasz o siebie, podejmujesz kroki ku temu, by czuć się zdrowiej. 

To samo próbuję dzisiaj powtarzać sobie.

11/30/2020

Teleranka chyba nie będzie, czyli kilka słów o zachowaniu policji

Teleranka chyba nie będzie, czyli kilka słów o zachowaniu policji

Kadr przedstawiający policjantów odwróconych tyłem na Strajku Kobiet

Pałują ludzi, traktują gazem pieprzowym. Tłumaczą, że to obrona, że byli atakowani przez "agresywnych" demonstrantów. Na dowód przedstawiają nagrania, na których... nic nie widać. Oto policja w Polsce PiSu 2020. Służby mundurowe, których historia niczego nie nauczyła. Żadna władza bowiem nie trwa wiecznie, więc czemu tak ochoczo bronią ludzi, którzy odbierają obywatelom wolność?

Przysięga, którą składają policjanci, według mnie, zaprzecza sama sobie:

Ja, obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowanych obowiązków policjanta, ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia.

Chronić Konstytucję, strzec bezpieczeństwa obywateli. Tylko co w sytuacji, gdy autorytarny rząd zmienia Konstytucję według własnego widzimisię, co wzbudza oburzenie wśród obywateli? Kogo w takim razie ochraniać? Kogo strzec? Działać według nowych zasad "Konstytucji", czy być razem ze  swoimi rodakami? 

W teorii oczywistym wydaje się być stawianie na pierwszym miejscu ludzi. W końcu prawo powinno być dla człowieka, a nie odwrotnie. Jednak historia niejednokrotnie pokazała, że te zapiski, na które rzekomo wszyscy się umawiamy, są ważniejsze niż ludzkie życie i wolność. Mimo to utopia o służbach mundurowych, które stają przeciwko władzy razem z obywatelami trzyma się mocno. Złudna nadzieja, że kiedyś staniemy po jednej stronie barykady.

Grupa protestujących kobiet z różnymi transparentami stojących na wprost policjantów

Zaledwie 30 lat temu skończył się w Polsce ustrój skupiony na gnębieniu i poniżaniu człowieka. Żelazna kurtyna opadła, a Polacy myśleli, że mogą odetchnąć z ulgą. Teraz przyjdzie nowe, lepsze. Jednak 30 lat później znów do władzy dopuszczają ludzi, którzy - choć się tego wypierają - od pierwszych wyborów jasno deklarują zniesienie demokracji w Polsce. No, może nie tymi słowami, gdyby powiedzieli to wprost, raczej nie zdobyliby uznania. 

  1. Katolicyzm - jedyną słuszną wiarą. 
  2. Ciągłe szukanie nowego wroga - jeśli nie uchodźcy, to imigranci albo osoby nieheteronormatywne, lekarze, nauczyciele, kobiety... Ciągłe wskazywanie tego złego i obietnica ochrony przed nim. Skłóconym narodem łatwiej się rządzi. 
  3. Telewizja narodowa - propaganda tak ohydna, że wiele osób pamiętających komunizm twierdzi, że nawet wtedy aż tak nie kłamali. 
  4. "Reforma" sądów - obsadzenie najważniejszych stanowisk swoimi ludźmi, by nie miał kto ich ścigać za popełniane przestępstwa. To, przyznam, wyszło im świetne. Gwoździem do trumny PO były ośmiorniczki za niecałe 2 tys. zł. W przypadku członków PiSu nie kiwnięto palcem mimo afer o milionowych wartościach. Konserwatyści, którzy czerpią z najgorszych praktyk komunizmu stalinowskiego.

Baw się, bo Teleranka nie będzie

Moi rodzice zawsze dużo opowiadali o PRL-u. Najbardziej w pamięci utkwiła mi sytuacja z prowadzenia stanu wojennego. Wtedy rodzice jeszcze nie wiedzieli - tej nocy świętowali imieniny mamy, a jak się okazało, w bloku obok już były łapanki. Wyobrażasz to sobie? Robisz imprezę na jakieś 20 osób, świetnie się bawisz, śpiewasz, tańczysz i nawet nie wiesz, że w tej samej chwili Twoi sąsiedzi są wyprowadzani z mieszkań, w zasadzie nie wiadomo dokąd. Wstajesz następnego dnia i ze zdziwieniem stwierdzasz, że nie ma Teleranka. Rzeczywistość została postawiona na głowie.

Funkcjonariusze ZOMO pacyfikują demonstrantów
źródło: http://stanwojenny.blogspot.com


Protesty, strajki, tzw. ścieżka zdrowia - w Polsce przerabialiśmy to jakieś 40 lat temu. Dwie dekady wystarczyły, by rząd urządził nam powtórkę z rozrywki. Kiedyś milicja, a teraz policja, używają siły wobec osób walczących o podstawowe prawo jakim jest wolność wyboru. Ta policja, która po transformacji starała się poprawić swój wizerunek i zyskać zaufanie obywateli, wraca do swoich korzeni. 

Rodzina z dwójką dzieci stojąca na wprost policji

Jest jedna rzecz, którą widać na zdjęciach z każdego protestu. Policjanci NIGDY nie patrzą protestującym prosto w oczy. Uciekają wzorkiem. Czy to zwyczajny wstyd czy takie mają rozkazy? Nie patrzeć w oczy, bo jeszcze (nie daj boże) rzucą tarczę, rzucą broń i przejdą na "ciemną stronę mocy", a utopia stanie się rzeczywistością.

Do 13 grudnia coraz bliżej.


Zdjęcia polskiej policji pochodzą z fanpage'a oko.press.

11/19/2020

Piękna i długa reklama udawania, że nic się nie stało

Piękna i długa reklama udawania, że nic się nie stało

Dwie obrączki leżące w kroplach deszczu na ciemnym tle
Photo by Zoriana Stakhniv on Unsplash

Powiedzmy to sobie wprost: świat się zmienił. Choćbyśmy bardzo chcieli wrócić do tego, co było, rzeczywistość, jaka czeka nas po tym rollercoasterze wydarzeń, na nowo zdefiniuje "normalność". Mimo to chodząc codziennie do pracy z wymuszonym zachowaniem, jak gdyby nic się nie stało, odnoszę wrażenie, że sami siebie zmuszamy do udawania, że jest po staremu.

Udajemy, że nic się nie stało

Pracuję w agencji marketingowej i chyba jak wszystkim branżom, 2020 dostarczył nam niezłej huśtawki nastrojów. Z jednej strony wszyscy przenoszą swój biznes do sieci, by przetrwać. Z drugiej ograniczają do minimum wydatki na reklamę, również, by przetrwać. Wciąż lawirujemy między ogromem pracy nad e-sklepami a stawaniem na rzęsach, by 500 zł miesięcznie wystarczyło na jego promocję.

Żaden z naszych klientów nie oferuje produktów/usług pierwszej potrzeby, a jednak odnoszę wrażenie, że sądzą inaczej. Gdzieś umyka im, że tego roku nie zamkną z takim samym wynikiem sprzedażowym, jak poprzedni przez obecny kryzys. I zgodnie z zasadą działania ludzkiego mechanizmu obronnego, szukają winnego - nas - by jakoś wyjaśnić sobie tę sytuację. 

Świat nieco zwolnił, jeszcze się nie zatrzymał, jednak ograniczył prędkość. Według badań Polacy są w czołówce narodów popadających w depresję przez pandemię. Obawiamy się o pracę, o to że nasi bliscy zachorują, że sami zachorujemy, że rząd odbiera nam prawa i nie respektuje praworządności, a na dodatek nic nie robi, by zapanować nad rozprzestrzeniającym się wirusem. Kogo w sytuacji zagrożenia obchodzą projekty ogrodów, stroje erotyczne czy nowe okna? Nasza rzeczywistość się zmienia, my się zmieniamy. Wiosenny lockdown dał nam czas, by zastanowić się, co jest tak naprawdę w życiu ważne. Przynajmniej chwilowo nadmierny konsumpcjonizm rozpędzany latami przez rozwijającą się gospodarkę, musi nacisnąć hamulec. Chociaż już od lat z własnej woli ograniczam zbędne wydatki, w tym roku wyjątkowo często łapię się na tym, że trzy razy się zastanowię zanim coś kupię czy w ogóle tego potrzebuję. Myślę, że nie jestem w tym sama.

Bajki mają się w porządku

Najnowsza świąteczna reklama Apartu to tylko jeden z przykładów oderwania od rzeczywistości firm oferujących produkty z założenia luksusowe. Gdyby wyszła rok temu, prawdopodobnie nie wzbudziłaby tak dużego zainteresowania. Ale w 2020 są zjawiska i rzeczy, obok których nie przechodzi się obojętnie. Piękne kobiety, wspaniała willa, luksusowe stroje, limuzyna, wielkie paczki prezentów, wszechobecny blichtr i przepych, a i Wodecki pięknie im akompaniuje. Z drugiej strony my: żyjący przez większość roku w zamknięciu, w strachu przed pandemią, w narastającym napięciu wywołanym przez niemiłościwie nam panujących. Apart swoje - życie swoje. Być może chcieli zakląć rzeczywistość, zostać w tej bajce, którą tworzyli rok w rok. Stworzyć namiastkę normalności, że pewne rzeczy są stałe. Tylko że w dobie kryzysu nikt w bajki nie wierzy. Takie historie raczej wywołują wewnętrzny bunt, więc z tej mentalnie niewygodnej sytuacji mogliśmy wyjść na dwa sposoby: oburzeniem lub... śmiechem. Na całe szczęście dla Apartu skończyło się tym drugim. Parodia reklamy rozładowuje to napięcie, które kumuluje się w człowieku, gdy widzi oryginał, a następnie słucha o tym, że policja znów pałowała ludzi biorących udział w manifestacjach. Przynajmniej na chwilę faktycznie się uśmiechamy.


Ta konieczność pogodzenia fatalnej sytuacji w kraju z koniecznością wykonywania codziennych obowiązków jak wcześniej i marketingową ułudą, prowadzi do rozdarcia. I każdy z nas jest wewnętrznie rozdarty, choć nie wszyscy to zauważamy i przyznajemy. Część z nas wychodzi na ulicę, inni dają upust emocjom w sieci, jeszcze inni po prostu rozmawiają ze znajomymi. Świadomi, że problemy nie skończą się wraz z nadejściem stycznia. Jest listopad 2020. Za chwilę ten rok się skończy, a jednak nie odczuwam żadnej ulgi.

8/11/2020

Antynatalizm 2020

Antynatalizm 2020
Photo by Steve Johnson on Unsplash


2020 daje ludzkości w kość naprawdę ostro. Jednak poza koronawirusem czy wybuchem wulkanu, te najtrudniejsze wydarzenia wzbierały latami i teraz wreszcie czara goryczy się przelała. Patrząc na to, jak dzisiaj wygląda świat, zastanawiam się, czy powoływanie nowego życia jest moralne?


Antynatalizm towarzyszy mi odkąd pamiętam. Już jako trzynastolatka byłam pewna, że nie chcę mieć dzieci, chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam, że podświadomie kieruje mną jakaś filozofia. Uważałam, że to okrutne stworzyć nowe życie i zmuszać je do egzystencji w świecie pełnym nienawiści, cierpienia i przemocy. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie są dla siebie niemili, dzieci wytykają palcami inne dzieci, a dorośli się zabijają. W podstawówce byłam beksą, cholernie wrażliwą na wszelką niesprawiedliwość i pewnie tak zapamiętali mnie wszyscy ze szkoły. Ot, ryczy z powodu byle gówna.

Od kilku lat mam wrażenie, że samopoczucie całej planety ma się coraz gorzej. Nie mam na myśli tylko zanieczyszczeń spowodowanych przez ludzi, ale i sam nasz gatunek - zamiast się rozwijać, chyba cofamy się w rozwoju.

Zadziwia mnie, z jaką perfekcją miłościwie nam panujący manipulują ludźmi, napuszczając jednych na drugich. Robią z jednych "prawdziwych Polaków", a po drugiej stronie stawiają "nieludzi". Politycy przesuwają granicę przyzwoitości, pozwalając sobie śmiało na mowę nienawiści, dając zielone światło nacjonalistom-neonazistom do przemocy wobec tych, którzy nie pasują do biało-czerwonego obrazka: uchodźców, kobiet żądających prawa do aborcji, osób nieheteronormatywnych.

Pamiętam, gdy pani Kolenda-Zaleska wyrzuciła posła Żalaka z wizji za stwierdzenie, że "LGBT to nie są ludzie". Pamiętam, jak ktoś z moich znajomych bronił posła, bo nie pozwolono mu wyjaśnić, co miał na myśli. Jednak te same słowa powtórzył Andrzej Duda (na którymś ze swoich przedwyborczych wieców) i nikt, nikt nie zabronił mu wyjaśnić, co ma na myśli. Tak samo nikt nie przerywał posłowi Czarnkowi, gdy w telewizji państwowej powiedział, że "ci ludzie nie są równi ludziom normalnym". Mieli wiele okazji, by wyjaśnić "o co im chodzi". Wygląda jednak na to, że to nie wymaga wyjaśnień.

Strefy wolne od LGBT, aresztowania za wywieszenie tęczowej flagi, pobicia za kolorowe włosy, homofobiczne napisy pod oknami mieszkania - ostatnie wydarzenia przyprawiają o mdłości, a to zaledwie wierzchołek góry lodowej festiwalu pogardy i nienawiści, jaki zgotował Polakom rząd i to przy radosnym akompaniamencie pewnej części obywateli.

Patrzę na to i zastanawia mnie, jak to jest możliwe, że ludzie chcą się rozmnażać. Czy naprawdę ci, którzy tak głośno krzyczą o zabijaniu osób o innej orientacji seksualnej, chcą, by dzieci, ICH dzieci żyły w świecie pełnym nienawiści? Co zrobisz, jeśli Twoje dziecko nie będzie heteroseksualne? Wyrzucisz z domu, czy wyślesz na "leczenie"? Orientacja nie jest czymś, co sobie wybierasz tak jak nie wybierzesz koloru oczu czy kształtu nosa. To tak, jakby ktoś zaproponował żeby wieszać ludzi o brązowych oczach, bo są za ciemne. Zróbmy strefy wolne od brązowookich, w końcu wszyscy o brązowych oczach to pedofile i są zagrożeniem dla społeczeństwa. Brzmi absurdalnie, co? No właśnie.

Ten gej, którego nazywasz zboczeńcem i gwałcicielem, tak samo, jak Ty urodził się w tym smutnym kraju, pracuje tu i płaci podatki. Ma rodzinę i przyjaciół. Być może dostarcza Ci paczki jako kurier, zajmuje się marketingiem Twojej firmy albo doradzał w wyborze telewizora w sklepie. Nie wiesz tego, ponieważ TO NIEISTOTNE, JAKIEJ JEST ORIENTACJI. Jest człowiekiem. Normalnym, zwykłym człowiekiem. Wiesz co go różni od Ciebie? Codziennie słucha, że jest zboczeńcem i pedofilem. Nie może na spacerze wziąć za rękę ukochanej osoby w obawie przed pobiciem. Nie wie, czy gdy wróci do swojego domu, nie zastanie wybitych szyb i obraźliwych haseł na ścianach. I to wszystko dlatego, że żyje. Powiedz, jak długo byłabyś/byłbyś w stanie znosić taką pogardę?

Taki kolorowy świat szykujemy dla tych, którzy właśnie się rodzą. My, światli przedstawiciele gatunku w dwudziestym pierwszym wieku, niczym nie różniący się od niepiśmiennych ludzi z wieków ciemnych.

Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy decydują się na rodzicielstwo, zupełnie nie patrzą w przyszłość i nie widzą konsekwencji wydarzeń, które mają miejsce dzisiaj. Nie, nie zostawicie swoim dzieciom pięknej zielonej planety i happy endu. Zostawicie im głód, wojnę i śmierć. Do tego wszystkiego to dąży.

Ciekawi mnie, co powiecie swoim dzieciom, gdy za 20-30 lat zapytają, dlaczego Wasze pokolenie dopuściło do władzy ludzi o autorytarnych zapędach, dlaczego muszą żyć w świecie, gdzie zabija się za nie ten kolor skóry, wyznanie, czy orientację seksualną, a kobiety wciąż nie mogą decydować o swoim ciele. Przy tym wszystkim, co się dzieje, odpowiedź "ponieważ chciałam/chciałem mieć dziecko" wydaje się miałka. Ta o niewiedzy, do czego to doprowadzi, również.

Ja dzieci mieć nie będę. Jest to dla mnie moralnie złe. Jednak Ty, jeśli planujesz założyć rodzinę, najpierw zadbaj o to, by na tym świecie Twoje dzieci mogły być sobą.

5/18/2020

Kryzysy obnażają prawdę

Kryzysy obnażają prawdę
Myślałam, że pominę temat koronawirusa, jednak ciężko nie odnosić się w zupełności do sytuacji, która (w różnym stopniu) dotyka dosłownie każdego człowieka na świecie. Nie chcę się rozpisywać o samej pandemii — jestem pewna, że media zapewniają Ci "rozrywkę"w postaci aktualnych informacji na bieżąco. Chodzi mi o coś innego: kryzysy obnażają prawdę. Prawdę o nas samych.

Czas pokoju, czas wojny

Zapewne słyszałaś kiedyś takie powiedzenie, że nie należy oceniać czasu wojny z perspektywy czasu pokoju. Coś w tym jest. Mając możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb, mogąc się rozwijać i mając pewność, że po spokojnie przespanej nocy obudzimy się i będziemy żyć dalej — podejmowanie etycznych i moralnie właściwych decyzji jest łatwiejsze. Jednak co zrobiłabyś w sytuacji, gdy od trzech dni nie miałabyś jedzenia w ustach? Co w sytuacji, gdy ze strachu przed bombardowaniem bałabyś się zasnąć? Co, gdy od śmierci drugiego człowieka zależałoby Twoje życie? Łatwo nam, żyjącym w chyba najlepszych dla naszego gatunku czasach, mówić, jakimi bylibyśmy bohaterami. Niestety, zapewne byśmy nie byli.

Mamy kryzys

Mamy kryzys  epidemia choroby o nieładnej, surowej i bezosobowej nazwie COVID19 zatrzymała świat. Fundamenty naszej cywilizacji zaczęły się sypać. Gospodarka oparta na konsumpcjonizmie wali się, bo przestaliśmy konsumować w takich ilościach, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Firmy upadają, ludzie tracą pracę i środki do życia. Niektóre przedsiębiorstwa próbują utrzymać się na tym nieznającym litości morzu kapitalizmu za wszelką cenę, zatapiając swoich pracowników. Inni poddają się, a jeszcze inni próbują na tej tratwie utrzymać każdego, kogo zdołają.

To właśnie kryzysy  takie jak ten — pokazują dla kogo pracujesz lub jakim pracodawcą jesteś. Tak, wiem, jeśli prowadzisz firmę, będziesz się teraz oburzać na moje słowa. Bo to Ty jesteś w czarnej d... i Tobie wali się dach, a ja...chcę pisać o perspektywie pracownika. Jednak robię to właśnie dla Ciebie, bo musisz coś zrozumieć. Cięcie kosztów w czasie kryzysu jest nieuniknione, rozumiem to. I rozumiem, że będziesz zwalać ludzi, obniżać czas pracy i wynagrodzenia. Mimo to pamiętaj, że po drugiej stronie masz człowieka, który zostanie bez środków do życia i to go stresuje. On też(tak jak Ty) ma kredyt do spłacenia i rodzinę albo wynajmuje mieszkanie, które też musi opłacić. 

Człowiek we mgle
Photo by Brunel Johnson on Unsplash

Co możesz zrobić, by nie być jednym z tych "januszy biznesu"?

Przede wszystkim nie zostawiaj ludzi, którzy dla Ciebie pracują bez informacji, oczekując, że zaczną ratować Twój biznes. Nie zaczną, bo nie okazujesz ich problemom należytego zainteresowania. No pomyśl: pomagałabyś komuś, kto z Tobą nawet nie chce rozmawiać? Jeśli jest źle  powiedz, że jest źle. Powiedz, że nie wiesz, co będzie dalej, że prawdopodobnie wynagrodzenia będą niższe, że postarasz się, by zachowali miejsca pracy. Musisz zwolnić? Wytłumacz dlaczego.

Jeśli chcesz, by Twoi podwładni byli lojalni wobec Ciebie, Ty też musisz taka być. Jeżeli na informację o tym, że mają kredyty i rodziny do utrzymania, Twoją jedyną odpowiedzią jest, że masz to gdzieś  dostaniesz od swoich ludzi dokładnie to samo. I proszę, nie mów wtedy o lojalności, o tym, że są niewdzięczni. Nikt bowiem, nawet Ty, nie chce pracować dla kogoś, kto widzi tylko liczby, a nie człowieka.

Nawet nie wiesz, jak wiele może zmienić zwykła rozmowa. Uwierz mi, wszyscy pojmują, że znaleźliśmy się w niecodziennej sytuacji i nic już nie będzie takie, jak kiedyś. Twoi pracownicy też to zrozumieją, serio. Zupełnie inaczej zareagują na zmniejszenie etatu lub wynagrodzenia, gdy najpierw porozmawiasz z nimi. Ten prosty gest naprawdę wiele zmienia. Podczas trwającej już od kilku miesięcy epidemii wysłuchałam ludzi, którzy zostali zwolnieni bez słowa (nawet po kilkunastu latach pracy nie usłyszeli "dziękuję"), takich, którym bez żadnego porozumienia zmniejszono wynagrodzenie przy równoczesnym dołożeniu nowych obowiązków i takich, z którymi ich przełożeni na bieżąco konsultowali zmiany w firmie. Myślę, że domyślasz się, którzy starają się działać na korzyść pracodawcy.

Kryzysy obnażają prawdę o nas samych. To, jak w tej chwili postępujesz, być może w tej chwili przyniesie Ci jakieś korzyści. Jednak na dłuższą metę możesz wiele stracić. W Internecie nic nie ginie. Opinia, jaką sobie właśnie wypracowujesz, zaowocuje w przyszłości. Oby to nie były zgniłe owoce.

1/25/2020

Jesteś marką, nie człowiekiem

Jesteś marką, nie człowiekiem
Tak to już się dziwnie utarło, że w XXI wieku przestaliśmy być ludźmi, a zaczęliśmy być tak zwaną marką osobistą. Nie ma człowieka, są zasoby ludzkie, osobowość, która powinna odnieść sukces. Musisz dbać o wizerunek, by stać się w ogóle interesującym człowiekiem.

zima, zaśnieżony las
Photo by Adam Chang on Unsplash


Znowu trafiłam na kolejny tekst dotyczący zarządzania marką osobistą. Przeczytałam ich już tak dużo, lecz dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo już samym językiem degradujemy siebie jako ludzie. Czy wraz za tą degradacją słowną idą czyny? Mówi się, że świat schodzi na psy, że ludzie są coraz gorsi, tylko czy bylibyśmy inni, lepsi, gdybyśmy więcej uwagi poświęcali sobie jako ludziom, niż sobie jako markom? Życie stało się biznesem, musisz się sprzedać żeby coś osiągnąć. Musisz być "biznesowym guru", bo już nie wystarczy znać się na tym, co się robi (w końcu takich osób jest tysiące, więc łatwo Cię wymienić). Odpowiednio pokazać się w sieci, wykazać entuzjazmem i optymizmem na rozmowie rekrutacyjnej, nie narzekać, bo "tworzysz negatywną energię". Może stąd, w ramach podświadomego buntu, pojawia się w sieci taka ilość stron i memów, które obrazują pesymistyczne podejście do życia (np. Ból Istnienia Schopenhauera na Facebooku)? Wewnętrzna obrona przed hurraoptymizmem, której efektem są treści o niechęci do innych ludzi, problemie z wychodzeniem z domu i szarości dnia codziennego.

pesymizm, schopenhauer
źródło: Ból Istnienia Schopenhauera


Tak naprawdę poza swoimi własnymi czterema kątami, chyba nigdzie nie można być szczerym (a raczej - nie powinno się). W pracy wymagają byś się uśmiechał, w mediach społecznościowych masz ociekać szczęściem i sukcesem. Imprezować na maska, robić karierę na maksa, podróżować na maksa. Gdzie w tym wszystkim czas na bycie sobą? Wirtualne, fikcyjne życie staje się rzeczywistością. Przenosimy ten fałsz na codzienność i rujnujemy sobie psychikę - to, co mówimy i robimy jest niespójne z tym, co myślimy i czujemy. Rozwarstwiamy się i rozpadamy wewnątrz powłoki zwanej ciałem z szerokim uśmiechem udając, że wszystko jest ok. Nie jest. I nawet nie ma komu o tym powiedzieć. Nic dziwnego, że potrzebujemy tylu psychiatrów i psychoterapeutów skoro wszystko tłamsimy w sobie, bo nie należy się uzewnętrzniać.

Znajomości. Nie przyjaźnie, koleżeństwo. Znosisz innych i sama jesteś znoszona, bo "ta znajomość może się przydać". Chyba właśnie tylko tym jesteśmy - znajomością, która może się przydać. Nie przydaje się? No trudno, znikam. Zastanawia mnie, jak wielu w rzeczywistości wartościowych ludzi skasowaliśmy z naszego życia, tylko dlatego, że się "nie przydali".

Zauważyłaś? Tak naprawdę nigdzie nie wolno okazywać uczuć, bo to, w przypadku kobiet, oznaka histerii, a u facetów słabości. Pamiętam sytuację, gdy w pracy dostałam telefon o nagłej śmierci bliskiej mi osoby. Rozkleiłam się i, zamiast słów pocieszenia, usłyszałam "uspokój się, jesteś w pracy". Możesz przeżywać głębokie, bardzo głębokie emocje, ale nie wolno Ci ich okazać, bo to wpływa na Twój wizerunek. Przestajemy być autentyczni, nie dlatego, że nie chcemy, tylko dlatego, że "nie wypada". Chociaż tyle mówi się o szczerości względem siebie i otoczenia, to samo otoczenie zmusza nas do zakładania maski. To tak jak z unikaniem stresu - psycholodzy alarmują, że to szkodzi zdrowiu, że musimy go unikać, co nijak ma się do codzienności przeciętnego człowieka. Możesz znać sposoby dbania o zdrowie psychiczne i równocześnie nie móc wprowadzić ich w życie przez otoczenie.

W każdej dziedzinie życia odpowiedzialność spychana jest na ostatnie ogniwo w łańcuchu. Producenci przerzucili odpowiedzialność za śmieci na konsumentów, przedsiębiorcy panowanie nad stresem na pracowników, a specjaliści od coachingu wmawiają swoim odbiorcom, że są kowalami swojego losu. Gdy im nic nie wychodzi to ich wina. Po prostu są "nie dość" - nie dość dobrzy, nie dość zaangażowani, nie dość optymistyczni, uśmiechnięci, pozytywni.

Im bardziej stajemy się marką, tym mniej w nas człowieka.

12/26/2019

Święta poza domem z refleksją

Święta poza domem z refleksją
Choć i tak większość z nas spędza święta w domu rodzinnym, coraz częściej - na wzór amerykański - wykorzystujemy te kilka dni wolnego na wspólny wyjazd. To taka mała próba spełnienia marzeń o prawdziwych świętach: rodzina w komplecie, dwanaście dań na stole, śnieg za oknem, w tle słychać świąteczne piosenki i kolędy. Prawdziwy wypoczynek :) Nocując w hotelu odpada cała męcząca otoczka świąt - sprzątanie, przygotowywanie jedzenia, zapewnienie komfortowego noclegu wszystkim naszym gościom i każdy ma odpowiednio dużo przestrzeni dla siebie. W takiej atmosferze magia świąt rodzi się sama.

Świąteczny wyjazd pozwoli przełamać co roczną rutynę z oglądaniem "Kevina" (proszę mnie nie linczować, ale na litość, jak często można to powtarzać?) Następnego dnia skoczycie na narty lub posiedzicie razem w hotelowym barze popijając grzańca. Możecie też wybrać się na wspólne zwiedzanie miejscowości, porobić piękne zdjęcia na pamiątkę i przede wszystkim - zadbać o Wasze relacje, wzmocnić je. W końcu wypoczęci nie będziecie tak skorzy do kłótni o swoje poglądy ;)

Jednak w tym wszystkim jest jedno "ale", o którym chciałabym żebyś pamiętała. Możesz spędzić święta w ten piękny, wymarzony i magiczny sposób dzięki osobom, które... pracują w święta. To recepcjoniści, kelnerzy, pracownicy kuchni, osoby sprzątające. Gdyby nie cała obsługa hotelu, mogłabyś zapomnieć o wyjeździe na święta. Zapewne właśnie Twoja głowa zaczyna się buntować przed tym, co piszę: nikt im przecież nie kazał pracować w święta. Tak myślisz? Rozczaruję Cię. NIKT nie chce spędzać świąt w pracy, ale żeby obiekt funkcjonował, ktoś musi. Powiesz: przecież w wielu firmach pracuje się w święta i te dni są dodatkowo płatne. Nie w hotelarstwie. Pracownicy hoteli nie dostają żadnych dodatkowych pieniędzy za pracę w święta (chyba że pracodawca z własnej woli ich wynagradza, ale zastanów się - ilu to robi, skoro nie musi?). Niestety, nawet prawo ich nie chroni w tej kwestii. Niech zmienią pracę, jak im się nie podoba? W porządku, tylko wrócimy do początku tego akapitu - nie spędziłabyś świąt w pokoju z widokiem na góry.

Świąteczny wyjazd, Boże Narodzenie
Photo by Zoltan Tasi on Unsplash


Dlaczego o tym piszę? Nie mam zamiaru zniszczyć Ci świąt, ani odwodzić od spędzania ich poza domem. Zwracam na to uwagę, ponieważ niejednokrotnie słyszałam od pracowników hoteli, jak goście w te dni potrafią dać im w kość czepiając się o byle głupstwa lub swoim chamstwem sprawić im przykrość. A im nie wolno powiedzieć nic, co mogłoby zaszkodzić wizerunkowi hotelu. Dlatego często zostają po godzinach, bo Ty chcesz ze szwagrem i ciotką Helką pić w barze do drugiej w nocy, chociaż bar zamykany jest o 23:00. Dlatego o czwartej rano w recepcji jest ktoś na nogach i mimo okrutnego zmęczenia uśmiecha się do Ciebie i udziela pomocy. Nawet, jeśli to trzecia noc z rzędu.

Ty jesteś z rodziną, spędzasz czas z bliskimi, oni - nie. Ty wrócisz wypoczęta do domu, pochwalisz się znajomym zdjęciami na Instagramie, a oni wrócą po kolejnej zmianie i będą marzyć tylko o tym, by się wyspać. Dlatego proszę Cię jedynie o zwykłą ludzką uprzejmość, trochę empatii w stosunku do osób, które zapewniają Ci komfortowy wypoczynek. I to nie tylko od święta, ale przy każdym wyjeździe. Zanim zrobisz awanturę o złą temperaturę w pokoju albo słaby zasięg wi-fi, zastanów się, czy to na pewno jest powód do awantury? Czy nie można zapytać o to grzecznie?

Bądźmy dla siebie mili. Tak zwyczajnie.

Życzę Ci w nadchodzącym roku uśmiechu na co dzień i miłości, która będzie Cię wypełniać. Dobroci i życzliwości, która będzie do Ciebie wracać. Wewnętrznego spokoju i poczucia sprawiedliwości. Siły i wytrwałości do zmian na lepsze. Odnajdywania w innych tego, co dobre, a nie tego, co Was dzieli. Odwagi do bycia sobą.

11/26/2019

Wakacje w Turcji - przeczytaj zanim zabukujesz bilet!

Wakacje w Turcji - przeczytaj zanim zabukujesz bilet!
Uważana za jeden z najpiękniejszych krajów basenu Morza Śródziemnego. Przyciąga, bo łączy w sobie kulturę europejską z orientem. Biura turystyczne już dziś krzyczą do nas nagłówkami o cudownych wakacjach 2020 w Turcji first minute za atrakcyjną cenę. Myślisz, czy by się nie skusić: gwarancja pięknej pogody, piaszczyste plaże, lazurowe morze, wspaniałe zabytki świadczące o bogatej historii i kulturze, no i ta cena!

morze, plaża, góry

Skusisz się?

Bo ja nie. Zdziwiona? Już wyjaśniam. Chcę powiedzieć Ci o Turcji coś jeszcze. Coś o czym media już zapomniały (skończyło się zaledwie na kilku wzmiankach, a teraz znów cisza), a biura turystyczne z przyjemnością przemilczą. Coś, co jest solą w oku egzotycznej Turcji. Coś, co powinno być powodem, dla którego nie obierzesz jej jako kierunku dla swojego urlopu.

Turcja zaatakowała kurdyjską Rożawę - jedyny demokratyczny, a nie religijny, region obejmujący tereny północnej Syrii.

Gdy Amerykanie postanowili opuścić kraj, który już się "nie opłaca", Turcja zrzuciła bomby. Ponownie, ludność Syrii została sama i ponownie zachód urządza im piekło.

Ale nie chodzi tylko o Kurdów. Erdogan nie ma oporu przed zabijaniem ludzi różnych wyznań mieszkających na terenie Północno-Wschodniej Syrii. Ten obszar zamieszkują m.in. Jezydzi, Asyryjczycy, Chaldejczycy czy Ormianie. W Rożawie mieli to, czego nie mogą mieć w żadnym z regionów kontrolowanych przez radykalnych muzułmanów: wolność wyznania, słowa i mediów, równouprawnienie płci, szkoły, w których dzieci uczą się swojego języka (nie tylko arabskiego). Jak widać, nie wszystkim się to podoba. I to jest wystarczający powód, by zabić.

Syrian Democratic Forces
Kurdyjskie żołnierki z Syryjskich Sił Demokratycznych (Syrian Democratic Forces)
źródło: jacobinmag.com

Dokąd iść, gdy nie ma dokąd pójść?

Ludzie uciekają, chociaż nie bardzo mają gdzie. Większości nie stać na to, by docierać do obozów znajdujących się w Iraku. Kierują się gdziekolwiek, byleby dalej od linii frontu. Tam, gdzie znajdą schronienie, nie mają dostępu do czystej wody czy prądu. Wiele budynków jest pozbawionych okien i drzwi.

Wycofują się organizacje pomocowe, bo jest zbyt niebezpieczne. Uciekają dziennikarze, więc nie ma kto o tym mówić, a Erdogan, siedząc w wygodnym fotelu, w imię swoich urojonych ambicji skazuje ludzi na śmierć. Nie ruszając się ze swojego eleganckiego gabinetu, planuje rzeź i posyła żołnierzy, by wykonali za niego brudną robotę. Przypomina mi się ta sytuacja, gdy Trump chwalił się zabójstwem przywódcy Państwa Islamskiego. Mówił, że oglądał to na ekranie telewizora i czuł się, jakby oglądał film. JAKBY OGLĄDAŁ FILM. Dla Erdogana to zapewne także tylko film. Film o ludziach, których życie przerwała wojna. Film o uciekających przed bombami, szukających schronienia, żyjących z dnia na dzień, z godziny na godzinę, bo co można zaplanować, gdy nie ma pewności, czy dożyje się poranka?

Odnoszę wrażenie, że jest coraz gorzej. Że cały świat zwalnia, by zatrzymać się w pół drogi i zawrócić na ścieżce moralnej ewolucji. Nie cywilizujemy się. Paru facetów na tzw. szczycie przestawia nas jak pionki, decydują o naszym życiu, bawią się w wojnę bez żadnych konsekwencji. Ot, jeden drugiego potępi na Twitterze. A ludzie giną. Potwory bez sumień zostają przywódcami krajów, krzycząc o nacjonalizmie i patriotyzmie, dając przyzwolenie na nienawiść i pogardę. Robią z ludzi zwierzęta gotowe zabić każdego, kto nie pasuje do obrazka. Dzisiaj to oni, jutro to możesz być Ty. Nacjonalizm, by trwać, potrzebuje wroga.

Myślisz, że nie możesz nic z tym zrobić?

Nie ochronisz ludzi własną piersią przed tureckimi oddziałami. Nie zapewnisz schronienia tysiącom uciekającym przed wojną ofiar. Możesz jednak nie zostawiać w państwie Erdogana swoich pieniędzy. Czy w dalszym ciągu marzy Ci się all inclusive w słonecznej Turcji?

Jeśli ja Cię nie przekonałam, może im się uda:
Wspieram Kurdyjską Rewolucję w Rojavie
Jak wygląda sytuacja w Rożawie?


11/15/2019

Czy potrzebujemy wojny?

Najnowsze badania (2019) pokazują, że na depresję cierpi 350 milionów ludzi na świecie. Szacuje się, że w Polsce depresję ma 1 na 10 osób. Chociaż znana jest od starożytności (z depresją walczyli nawet Sumerowie), to nazywana jest plagą XXI wieku. Depresja, stany lękowe i silny stres - święta trójca naszych czasów. Patrząc na to, że szczęśliwie żyjemy w kraju, gdzie panuje pokój, na kontynencie, gdzie nie toczy się żadna wojna, a mimo to ludzkość opanowała plaga smutku i beznadziei, przyszła mi do głowy jedna myśl...

Czy potrzebujemy wojny, by żyć?

Tak na dobrą sprawę przestaliśmy mordować się jak najęci po II wojnie światowej. Wiem, na świecie wciąż są tereny objęte konfliktami (wściekam się na Turcję za atak na Rożawę), jednak wojny nie obejmują już całego świata. Większość skupiona jest w Afryce i... tam odsetek osób chorych na depresję jest zdecydowanie niższy niż w Europie.

Pamiętasz te wszystkie hasła, które miały Cię pocieszyć?
"Przesadzasz, inni mają gorzej."
"Dzieci w Afryce głodują, a Ty robisz problem z takich rzeczy."
"Jesteś zdrowa, masz co jeść, masz dach nad głową, a narzekasz."

Pomijając, że niezrozumiałe jest dla mnie, jak osobie chorej na depresję ma pomóc fakt, że inni mają gorzej, to ludziom żyjącym w krajach objętych konfliktami zbrojnymi brakuje właśnie tych podstawowych elementów niezbędnych do egzystencji. Zgodnie z piramidą Maslowa, jeśli nie spełnimy naszych podstawowych potrzeb (głód, bezpieczeństwo, potrzeby społeczne), nie będziemy w ogóle myśleć o potrzebach wyższego rzędu, jakimi są poczucie własnej wartości, uznanie, czy samorealizacja. Myślę, że brak możliwości spełnienia tych potrzeb, mimo odpowiednich warunków, może być przyczyną depresji oraz reszty krewnych i znajomych królika.

Mimo teoretycznie odpowiednich warunków. Masz co jeść, masz dach nad głową, pracę, rodzinę, przyjaciół, piątkowe wyjścia na piwo. Możesz się uczyć, rozwijać, podróżować. Teoretycznie. Podobno przeciętnemu Polakowi oszczędności nie pozwoliłyby przeżyć miesiąca. Większość tego, co zarobi idzie przede wszystkim na pokrycie kosztów życia: czynsz, rachunki, żywność. Po pracy wielu z nas nawet nie ma siły rozmawiać z innymi ludźmi, a co dopiero mówić o rozwijaniu swoich pasji (potrzeba samorealizacji). W pewnym momencie musi więc pojawić się frustracja, musi pojawić się stres.

No właśnie, stres...

Sam w sobie nie jest zły, w odpowiedniej dawce powinien motywować nas do działania - pokonywania przeszkód lub ucieczki. Jednak zbyt silny, często powracający lub długotrwały przynosi tragiczne skutki. Podobno 75% chorób, z którymi ludzie zgłaszają się do lekarza jest wynikiem stresu. Oprócz obniżenia odporności, obniża także poczucie własnej wartości, co może prowadzić (a jakże) do depresji. Może wywołać stany lękowe, np. w sytuacji, gdy już któryś raz zmieniasz miejsce pracy, bo w poprzednim była toksyczna atmosfera/mobbing/zła organizacja, a w tym nowym okazuje się, że masz powtórkę z rozrywki. Znów stres związany z obciążeniem ilością obowiązków, szef, który poniża lub manipuluje... Chciałabyś odejść, jednak pojawia się ten strach, że w następnym miejscu będzie dokładnie tak samo. Zostajesz w miejscu, które wyniszcza Twoje zdrowie w obawie przed nieznanym. Niedziele zaczynają Cię przerażać, bo po nich jest poniedziałek. Cały tydzień czekasz tylko na piątek, odetchniesz w sobotę, a w niedzielę znów zacznie się Twoje osobiste piekło. Utknęłaś w błędnym kole.

Według badania The Workforce View in Europe 2017 przeprowadzonego na zlecenie ADP Polacy to najmocniej zestresowani pracownicy w całej Europie. 22% ankietowanych przyznało, że stres w pracy odczuwa codziennie. CODZIENNIE. Jasne, zawsze można powiedzieć, że jak się nie podoba, to niech zmienią pracę. Tak, w Warszawie, we Wrocławiu, w Poznaniu, Gdańsku, Krakowie... ale nie w Nowosiółkach, czy Dźwinaczu Dolnym, gdzie może jest jeden, dwa zakłady pracy na krzyż. Gdzie połowa mieszkańców i tak już dojeżdża do troszkę większych miejscowości, by W OGÓLE mieć pracę. Przecież zawsze można się przeprowadzić, powiesz. Tak, to proste spakować się i wyjechać, o ile jesteś singielką. Mając rodzinę, nie decydujesz już sama. I tu rodzi się kolejne pytanie...


Próbować naprawiać, czy odejść?

To jest pytanie, na które wciąż nie znalazłam właściwej odpowiedzi, a czytając rady "specjalistów" z internetu o przeprowadzkach i zmianach pracy, stwierdzam, że chyba nikt jej nie zna. Owszem, odejście jest rozwiązaniem dobrym, szczególnie jeśli trafisz do lepszego miejsca. Nie zmienia to jednak niczego z perspektywy tych, którzy zostaną. Zmieniamy sytuację swoją, ale tak naprawdę nie zmieniamy niczego globalnie. Rozumiesz, o czym mówię? Rotacja pracowników nie dziwi już żadnego przedsiębiorcy, może troszeczkę irytuje, bo trzeba znaleźć kogoś nowego i wszystkiego nauczyć (a to są koszty). Jednak żaden z nich nie zastanawia się, dlaczego ludzie odchodzą. Przede wszystkim nie dostrzegają problemu w sobie. Jak to mówią: ryba psuje się od głowy, a żaden prezes firmy nigdy się z tym nie zgodzi, chyba że za rybią głowę uznaje pracowników.


Wewnętrzne klęski żywiołowe

Jestem jednym z pierwszych roczników, który przyszedł na świat po transformacji. Moje pokolenie miało szczęście nie przeżyć żadnej wojny, żadnej okupacji, czy ucisku. Nie musimy walczyć z ciężkimi ograniczeniami naszych praw, nie zamyka nas się w więzieniach za krytykę władzy, nie przesłuchuje, gdy nie chodzimy na wybory, a sąsiedzi nie są zmuszani donosić na nas do specjalnych służb. Artyści mogą śpiewać o czym chcą, nikt ich nie cenzuruje. Te trudne czasy były równocześnie... proste. Było jasne z czym należy walczyć. Wszyscy byli wkurzeni z tych samych powodów, a to jednoczyło. 

My walczymy w samotności. Każdy po cichu próbuje zrobić coś ze spustoszeniem jakie wywołują mentalne klęski żywiołowe spowodowane codziennością. Hurraoptymistyczne media społecznościowe uderzają nas pięknie sfotografowanym życiem pięknych ludzi, panuje powszechny trend na bycie pozytywnym i ukrywanie niepasujących do tego obrazka uczuć. Oczekuje się, że poza pracą będziemy mieć tysiąc innych ciekawych aktywności, bo nie można być nudnym, jeśli chce się odnieść sukces. Ach, ten sukces. Jak grzyby po deszczu wyrastają firmy coachingowe, specjaliści od motywowania do działania. Dasz radę! Jesteś wielki! Możesz wszystko!

Chciałoby się zapytać - z czym tu walczyć? I to właśnie jest problem naszych czasów.


Źródła:
  1. http://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,350-mln-osob-choruje-na-depresje--statystyka,artykul,1722319.html
  2. https://obserwatorsgh.pl/528/depresja-jako-plaga-xxi-wieku/
  3. http://www.medonet.pl/zdrowie/wiadomosci,drogi-wyjscia-z-depresji---przeszlosc--terazniejszosc-i-przyszlosc,artykul,1656624.html
  4. http://twarzedepresji.pl/o-depresji-swiecie/
  5. https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/polacy-i-stres-w-pracy-najwyzszy-wskaznik-stresu-w-europie/nr4q042

11/11/2019

Narodowe Święto Niepodległości

101 lat temu Polska wróciła na mapę świata. Od tamtej pory przeszła jeszcze wiele - II wojnę światową, Związek Radziecki i transformację. Żyjemy w wolnym kraju, mamy tyle możliwości, a jednak. Jestem wkurwiona. Oczekuje się od nas - roszczeniowych millenialsów - że będziemy grzecznie chodzić do pracy, rozmnażać się ku chwale ojczyzny i zgadzać na wszystko, co pokolenie upadku komunizmu nam zaoferuje.

Ucz się, a będziesz mieć dobrą pracę

Tak, skończ szkołę (koniecznie liceum, bo technikum to be) i idź na studia, bo bez studiów to nic. A to, że nie znajdziesz pracy w zawodzie albo w ogóle będziesz mieć problem ze znalezieniem roboty? No cóż, Twoja wina, trzeba było wybrać INNE STUDIA. Radź sobie.

Więc idziesz do tej roboty, gdzie szef zachowuje się jakby Ci łaskę robił, że w ogóle DAŁ Ci pracę. Wynajmujesz mieszkanie, ale z innymi ludźmi, bo na samodzielne nie stać Cię z wynagrodzenia, które otrzymujesz. Codziennie przyłazisz do pracy, jak masz fajny zespół to przynajmniej trochę mniej się nie chce. Robisz rzeczy, w które początkowo się angażujesz (bo chociaż masz za co przeżyć miesiąc), ale później okazuje się, że 60% Twojej pracy ląduje w koszu. Szef kazał zrobić, ale później się okazało, że nie było to do niczego potrzebne. Są jeszcze klienci, odbiorcy tego, co robisz, którzy w swoim przekonaniu znają się na Twojej pracy lepiej od Ciebie. Naciskają byś robiła wszystko według ich widzimisię, a później narzekają, że to nie działa. I czyja to wina? Naturalnie, Twoja.

Wracasz do wynajmowanego w X osób mieszkania, które wygląda jak muzeum PRL-u, sprawdzasz oferty pracy, sprawdzasz oferty wynajmu i nic się nie zmienia. Niby rynek pracownika, a gdy przyjrzeć się bliżej temu, co oferują, niewiele różni się to od tego, co masz (chyba że jesteś programistką, ale tylko z doświadczeniem, początkujący w branży też nie mają lekko). Ceny mieszkań, których wystrój pokonał czas transformacji zaczynają się od 1800 wzwyż (czynsz może i 300 zł, ale odstępne minimum 1500) do tego oddzielnie płatne prąd i media, zarabiasz 2400, nie musisz nawet kalkulować, prosta matematyka.

Któregoś dnia przychodzisz do pracy, a szef informuje Cię, że to, co dostajesz "pod stołem", bo przecież "nie stać go", by całe wynagrodzenie było na umowie (ciesz się, że masz umowę), w tym miesiącu pójdzie na konto innego pracownika ("tak ciężko pracował, chciałbym go wynagrodzić"). Nawet nie masz siły się wykłócać, zresztą pół życia słuchałaś, że jak będziesz grzeczna i będziesz się dobrze uczyć, to wszystko się ułoży. Siadasz za durnym biurkiem i odbębniasz bezsensowną codzienność ("jak Ci się nie podoba, to zmień pracę").

Opcja druga. Wścieknij się, idź i powiedz, że Ci to nie pasuje, odwróci kota ogonem i wyjdzie na to, że jesteś ta niewdzięczna. O co w ogóle te pretensje? Przecież się tak umówiliście, a poza tym to z własnej kieszeni płaci Ci to, co dostajesz "dodatkowo". Wypruwa sobie żyły, żeby ta firma funkcjonowała, wszystko masz transparentnie i najważniejsze - jeżeli coś Ci nie pasuje, to zawsze możesz przyjść powiedzieć, co Ci nie leży, zawsze z Tobą porozmawia. Przecież.

Robisz przerwę, czytasz wiadomości 

Niż demograficzny, aborcja to zło, 500+, kobiety robią karierę, zamiast rodzić. Rozmnażaj się. Rozmnażaj się, rozmnażaj się, rozmnażaj się. Tylko to się liczy. Jeśli nie chcesz, to słyszysz, że jesteś niedojrzała i "przejdzie Ci". Jeśli chcesz, myślisz, gdzie zmieścić tego dzieciaka, czy właściciel mieszkania nie będzie miał nic przeciwko (są tacy, co w ogłoszeniu zaznaczają, że bez dzieci), a może wziąć kredyt i kupić własne. Uwiązać się do końca życia do banku. Spłacać co miesiąc, by przed emeryturą móc powiedzieć, że jest się na swoim. Równocześnie zapewnić godny byt dziecku (no, ale jest 500+, o co Ci chodzi?). I kolejne - czy będziesz mogła wrócić do pracy po macierzyńskim? Czy okaże się, że jesteś problemem dla firmy, bo jako matka masz też inne obowiązki. Zapomnij o awansach czy premiach. Teraz funkcjonujesz jako matka. W ten sposób zrezygnowałaś z kariery.

Władza, która chce Ci ustawiać życie, zagrożenie kryzysem klimatycznym, codzienna w życiu publicznym pogarda dla tych, którzy nie wyznają jedynych słusznych poglądów. Gejów można obrażać, innowierców opluwać, obcokrajowców traktować jak śmieci. Bóg, honor, ojczyzna, a Ty zastanawiasz się, gdzie w tym wszystkim jest ten bóg, ten honor i ta ojczyzna.

Masz prawie 30 lat, żadnego własnego lokum (chyba, że wzięłaś kredyt), żadnej jasnej ścieżki kariery (chyba tylko korpo jeszcze gwarantują takie rzeczy) i nazywają Cię roszczeniową. Przecież tyle od życia dostałaś.
Copyright © Pani na M. , Blogger