Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

12/31/2023

Kilka godzin przed północą

Kilka godzin przed północą
Dwie dłonie trzymające zimne ognie. Zdjęcie zrobione przez Ian Schneider

Przeczołgaliśmy się przez 2020, przetrwaliśmy 2021, poturbowani próbujemy podnieść się po 2022. 2023 minął jak jedno mrugnięcie i pełni obaw, ale i z nadzieją spoglądamy na 2024. Każdy rok kończymy tak samo – kieliszkiem szampana (lub innego ulubionego trunku) i rozbłyskującymi na nocnym niebie fajerwerkami, które oznajmiają nam, że stare się skończyło, a nowe nadchodzi.

To nowe 365 dni, kartek w kalendarzu, które możesz zapełnić, czym chcesz. Nowy start, szansa, którą otrzymujesz, by coś zmienić. Okazja, by wraz ze starym rokiem odpuścić to, co już Ci nie służy.

Kiedyś uwielbiałam Sylwestra. Był dla mnie najlepszą okazją do hucznego świętowania – żaden sąsiad nie wezwie policji żeby zgłosić zakłócanie ciszy nocnej, a błyszczące stroje i tańce do rana są jak najbardziej wskazane. Gdy jednak zaczął się trudniejszy okres w moim życiu, radość z rozpoczęcia nowego roku zamieniła się w lęk przed nieznanym. Nie wiedziałam, co mnie czeka, nie miałam marzeń, nie miałam nadziei. Równocześnie towarzyszyła mi ulga, że te minione 12 miesięcy mojego prywatnego psychicznego piekła właśnie się kończyły.

W 2022 roku zastanawiałam się, po co mam świętować i czy w ogóle jest sens siedzieć do północy, by czekać na tę jedną chwilę. Że może lepiej ubrać wygodne ciuchy, obejrzeć film i pójść spać o zwyczajnej porze. Jednak jakaś wewnętrzna siła zaciągnęła mnie do szafy i namówiła do ubrania srebrnej sukienki, która nie pasuje na żadną inną okazję. Nakręciła mi włosy lokówką, nałożyła brokat na powieki i wraz ze mną niecierpliwie oczekiwała północy, podgryzając domową pizzę i popijając drinki z rumem. A gdy nadszedł ten moment… Jak zwykle łzy stanęły mi w oczach, bo właśnie pożegnałam stare i witam nowe, które do mnie przyjdzie. 365 szans na to, by zawalczyć o siebie. 2023 wystrzelił kolorowymi fajerwerkami za oknami mojego mieszkania.

Ten rok był inny niż poprzednie - zostawiłam pracę, która mi nie służyła, napisałam dwie książki, przekwalifikowałam się. Wprowadziłam w swoim życiu wiele zmian, a trochę jednak jakby niewiele się zmieniło. Chociaż... to tylko pozory. Na pierwszy rzut oka stwierdziłam, że stanęłam w miejscu. Zrobiłam tak wiele i niewiele z tego wynikło. Jednak gdy zajrzałam głębiej, dostrzegłam jak JA się zmieniłam. Nie chcę godzić się już na półśrodki, chodzić na kompromisy ze swoim własnym życiem, żeby "jakoś to było".  Krystalizują się moje cele i to, jak chcę żyć, do czego dążyć. Nie płynąć tam, gdzie mnie poniesie, a tam, gdzie chcę dotrzeć. Świadomie. I to chyba najważniejsza zmiana, jaką w sobie dostrzegłam.

Różnicę odczuwam też w moim podejściu do nadchodzącego roku: z nutką ekscytacji czekam na 2024, bo czuję, że to będzie TEN rok. Rok, w którym zrealizuję jedno z największych marzeń i naprawdę zmienię swoje życie. Przez 2023 pracowałam na to, by już w przyszłym roku zbierać owoce mojej ciężkiej pracy. Nie wiem jak będzie, nie mam 100% pewności, ale mocno wierzę, że wszystko się uda.

Fenomenem tej jednej jedynej nocy w roku jest to chwilowe zatrzymanie, energia, którą w jednej chwili dzielimy z całym światem. I wszyscy, wszyscy pragniemy tego samego - żeby następne 12 miesięcy było lepsze. Nie ma drugiego takiego święta w roku, które byłoby wspólne dla każdego bez względu na wyznanie i poglądy i chyba właśnie dlatego, że 31 grudnia każdego roku łączymy się wszyscy w momencie przejścia w nowy cykl, jest do dla mnie najważniejsze święto.

A Ty z czym wchodzisz w nowy rok?

7/07/2023

Gdzie moje Manolo's na pocieszenie?

Gdzie moje Manolo's na pocieszenie?

Sarah Jessica Parker w słynnym stroju Carrie Bradshaw z napisów początkowych Sex And The City. Fot: Shutterstock

Kiedyś chciałam być jak Carrie Bradshaw - przeżywać emocje, zakochiwać się od nowa i od nowa, mieć własną kolumnę, pisać dla Vouge'a, a w szafie trzymać tuziny butów. Och, i ten naszyjnik z imieniem! Carrie zawsze była moją bezpieczną przystanią. Gdy było mi bardzo źle, odpalałam "Seks w wielkim mieście", nalewałam kieliszek ulubionego wina i znów czułam się na miejscu. Jakbym pasowała do tych nieco pustych bohaterek, które na pocieszenie kupują buty Manolo Blahnika i które robią w życiu to, co chcą robić. Gdzie ja i wszystkie inne niespełnione kobiety popełniamy błąd?

Chyba nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Może to kwestia zbyt wielkich oczekiwań, pogoni za marzeniami i potrzeby, by chociaż od czasu do czasu poczuć się KIMŚ. Nie, nie mam na myśli bycia gwiazdą, tylko takie swoje osobiste pięć minut, gdy dosięgasz swoich pragnień. No, może ze szczyptą próżnego podziwu ze strony otoczenia ;) Myślę, że wiesz, o czym mówię. O tej chwili, kiedy wiesz, że jesteś na miejscu tu gdzie jesteś, że dotarłaś do celu, a on okazał się taki, jak sobie wymarzyłaś i możesz się nim delektować... Z jakiegoś powodu to wszystko zdaje się być nieosiągalne dla zwykłych ludzi.

Powoli zbliżam się do jej wieku. Przekroczyłam trzydziestkę, a przede mną kolejne urodziny i pewnie nim się obejrzę trzydziestka piątka weźmie mnie z zaskoczenia. Tyle że wciąż daleko mi do Carrie. Choć piszę, moje teksty są odrzucane i czuję, jakby przede mną stała jakaś niewidzialna bariera, którą mogą przekroczyć tylko wtajemniczeni. Do tego jakieś 10 kg nadwagi, zamiast idealnej figury i całe okrągłe zero markowych ubrań czy butów. Łączy mnie z nią jedynie wynajmowanie mieszkania, bo na własne mnie nie stać. W takich kryzysowych momentach myślę, że życie mogłoby bardziej przypominać filmy i seriale. Te pozytywne, rzecz jasna, bo jakimś dziwnym zrządzeniem losu wszystkie tragedie ukazywane na ekranach wydarzają się zwykłym ludziom. Gdzie tu sprawiedliwość?

Łapię się na tym, że zazdroszczę dwudziestolatkom. Wyglądają świetnie, mają tyle energii i jeszcze wierzą, że mogą wszystko, a świat stoi przed nimi otworem. Nie myślą o tym, co zgotować na obiad, nie dbają o pełną lodówkę i o siwe włosy wyskakujące znienacka, gdy któregoś dnia jak zwykle czeszesz włosy. Żyją. Każdego dnia jest dzień warty przeżycia, bo wydarza im się coś ciekawego. Nie pamiętają jaki jest dzień, bo nie muszą (ja zapominam, bo każdy jest dosłownie taki sam). Nie ma w nich lęku, świat mógłby się jutro skończyć, a one będą tańczyć, śmiać się i śpiewać do jego końca. Podróżują, śpią w namiotach, kąpią się w jeziorze. Możliwości zdają się nieskończone, a one czerpią z nich garściami. W końcu całe życie przed nimi. A przynajmniej te najbliższe siedem lub dziesięć lat, zanim dogoni je rzeczywistość.

Później okazuje się, że wymarzona praca jest poza zasięgiem albo że jest okropnym rozczarowaniem. Czas płynie, szukasz swojej ścieżki, a każde kolejne drzwi, które przychodzi Ci wyważyć są niewarte włożonego wysiłku. Nawet jeśli się nie poddajesz, jeśli wciąż walczysz o swoje życie, to ta wewnętrzna iskierka jest coraz słabsza. A może to tylko strach przed kolejnym rozczarowaniem? Nie wiem. Wiem jednak, że im jest się starszym, tym trudniej zawalczyć o siebie. I nieważne, co piszą w internecie: że każda pora jest odpowiednia na zmiany, że przecież niektórzy osiągają sukces po pięćdziesiątce... Tyle że ja nie chcę tyle czekać. Bo ile czasu tak naprawdę mi jeszcze zostało? W porywach może 40 lub 45 lat, z czego pewnie przez ostatnie dziesięć starość będzie dawać mi się we znaki. Więc pewnie zostało mi drugie tyle, co przeżyłam. Drugie trzydzieści lat, a mam wrażenie, że od wieków jestem w zawieszeniu.

Wciąż czekam na moment, kiedy z dumą, jak Carrie Bradshaw będę mogła mówić, że jestem pisarką. Na chwilę, gdy kupię swoje pierwsze Manolo's na pocieszenie i naszyjnik z imieniem. Teraz mogę jedynie przez ekran zajrzeć na ulice Manhattanu, by znów być we właściwym miejscu.

10/03/2022

"(...) zostanie tylko fotografia, to — to jest bardzo mało…" - kiedy świat przestał zachwycać

"(...) zostanie tylko fotografia, to — to jest bardzo mało…" - kiedy świat przestał zachwycać

Kiedyś kochałam fotografię. Nie rozstawałam się z aparatem ani na chwilę. Zawsze miałam go przy sobie, bo wiedziałam, że zawsze będzie coś wartego uwiecznienia. Z czasów liceum mam mnóstwo fotografii - zdjęcia przyjaciół, autoportrety, ludzi na ulicy, architekturę, a nawet pęcherzyki powietrza w szklane wypełnionej gazowana wodą. Wszystko wydawało mi się sztuką. Cały świat był moim płótnem i każdy jego skrawek był warty zatrzymania na zawsze.

Rozbite szkło żarówki na podłodze - pierwsze "świadome" zdjęcie, które wykonałam.

Wyraźnie pamiętam pierwszy moment, gdy pomyślałam, że warto zrobić zdjęcie. Miałam dwanaście lat, odrabiałam lekcje w swoim pokoju, niechcący strąciłam lampkę i pękła w niej żarówka. Zanim sprzątnęłam potłuczone szkło, wymieniłam żarówkę na nową, a światło z lampki oświetliło te potłuczone fragmenty i kurz unoszący się w powietrzu. Pomyślałam wtedy, że to wygląda tak pięknie, że chciałabym zatrzymać tę chwilę na zawsze. By inni mogli zobaczyć to, co widzę właśnie ja. Wtedy zrobiłam pierwsze zdjęcie aparatem taty. Później pożyczałam go tak często, aż oddał mi go w prezencie. Przez następne osiem lat miałam go ze sobą wszędzie.

Po zakończeniu liceum poszłam do szkoły fotograficznej i tam na mojej pasji pojawiły się pierwsze rysy. Pozwoliłam odebrać sobie tę miłość osobom z grupy, dla których moje poświęcenie dla fotografii i fascynacja były powodem do żartów. Dla nich byłam kujonem. Nieświadomie zaczęłam schodzić do ich poziomu, tylko po to, by być lubianą. Nie pomagał też fakt, że gdziekolwiek na imprezie bym nie była, wszyscy chcieli żebym robiła za fotografa. Znajomi zapraszali mnie tylko po to, by mieć fajne zdjęcia, zrobione profesjonalnym aparatem, a nie telefonem (to były jeszcze te czasy, gdy przeciętny smartfon nie dorównywał parametrami aparatom fotograficznym). Ciężko dać porwać się zabawie, gdy bez przerwy musisz pilnować drogiego aparatu, by pijane towarzystwo przypadkiem go nie uszkodziło.

Inspirację widziałam wszędzie, nawet w szklance wody.

Z biegiem lat coś zaczęło się we mnie zmieniać. Aparat coraz częściej lądował w szafie, a ja coraz rzadziej dostrzegałam otaczające mnie piękno. Robiłam coraz mniej zdjęć, a sytuacje, gdy czułam potrzebę zatrzymania momentu w czasie przestały się pojawiać tak często, jak kiedyś. Zaczęłam pytać "po co?" i "czy naprawdę warto to uwiecznić?". Lustrzankę sprzedałam i kupiłam zwykłą cyfrówkę - mimo wszystko, gdzieś w środku chyba czułam się bez aparatu, jak bez ręki.

Jest coraz gorzej. Już nawet nie chce mi się wyjmować go z szuflady. W mojej dłoni pojawia się tylko wtedy, gdy wyjeżdżam, bo przecież trzeba mieć pamiątkowe zdjęcia z urlopu. Tych też zresztą coraz mniej. Nie dostrzegam już wokół siebie nic pięknego. Świat stał się szary, nijaki, niewarty pamięci. 


Można by to nazwać wyczerpaniem pasji, jednak wywołuje to we mnie pewien smutek. Żal, że utraciłam zdolność. I wcale nie chodzi mi o umiejętność robienia zdjęć. Utraciłam zdolność do dostrzegania piękna wokół mnie. Zdałam sobie z tego sprawę podczas spaceru szlakiem górskim. W swojej pamięci miałam zapisane wspomnienie bieszczadzkich lasów jako coś kojącego duszę, a teraz... szłam błotnistą ścieżką i nie czułam nic. Pod nogami wielokrotnie przebiegały mi jaszczurki, a ja nie potrafiłam zachwycić się nimi. Deszcz delikatnie odbijał się od liści, cięższe krople spadały na ziemię, w oddali unosiła się mgła, a we mnie było zupełnie pusto.

5/31/2022

Krzyk rozpaczy, a może ciemna noc duszy

Krzyk rozpaczy, a może ciemna noc duszy

Zmieniłam pracę na pozornie lepszą. Lepiej płatną, w prestiżowej firmie, której prezes jest rozpoznawalnym autorytetem w branży. Otaczają mnie specjaliści z wieloletnim stażem, od których mogę się wiele nauczyć i którzy chętnie dzielą się wiedzą. Obsługuję klientów, których produkty są znane nie tylko w Polsce, ale i całej Europie. To sprawia, że i ja znajduję się w kręgu najbardziej pożądanych specjalistów w swojej branży. Mimo to każdego dnia budzę się z przeświadczeniem, że przegrywam własne życie.

 

Widok na rzekę, nad którą unosi się mgła, w tle las iglasty i góry

Jak w filmie – zamiast grać główną rolę w swoim życiu, jestem aktorką drugoplanową albo statystką. Przyglądając się granej scenie, biernie stałam obok i czekałam, aż los wręczy mi scenariusz, który niekoniecznie został napisany dla mnie. Nie protestowałam. Nie walczyłam o swoje. Wzięłam, co mi dano. Wmówiłam sobie, że te pieniądze wystarczą, że zmiana miejsca pracy wystarczy, bym na nowo ją polubiła. Tylko… czy ja kiedykolwiek ją lubiłam?

Kiedyś miałam ambicję. Mając dwadzieścia parę lat byłam święcie przekonana, że moim nadrzędnym celem życiowym jest zostać menedżerem w dużej firmie, bo w końcu mam talent przywódczy. Powinnam mieszkać w dużym mieście, by żyć pełnią życia i zarabiać duże pieniądze, by zwiedzić cały świat. Pomyliłam się.

Najpierw pojawiło się lekkie drapanie od wewnątrz. Dusza swędziała, było mi nieco niewygodnie, ale nie zwracałam na to większej uwagi. To minie – pomyślałam i dalej brodziłam w kałuży, licząc na to, że dotrę do oceanu. Później pojawił się ból. I znów pomyślałam, że to minie, chociaż muł na dnie utrudniał mi chodzenie. W końcu coś we mnie zaczęło krzyczeć. Duszę przeszyło cierpienie niewyobrażalne, którego ignorować dłużej nie mogłam. Utknęłam w tym mule, nie mogąc się ruszyć, a brudna woda, którą brałam za drogę do celu, podeszła mi do gardła. To nie ocean, to nawet nie jezioro, to bagno, do którego weszłam sama i zamiast zawrócić, brnęłam dalej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, gdzie jest moje miejsce.

Odkrycie życiowego celu, mojego przeznaczenia, okazało się trudniejsze niż zakładałam. To obdarcie własnego JA za skóry, przekopanie się przez wszystkie narządy, przez krew, mięśnie i kości, wyrwanie wszystkiego, co do tej pory definiowało moje życie. Czułam, że upadam, że tak kończy się moje istnienie, bo ja już nie wiem, kim jestem. Błądziłam w mroku, szukając tej właściwej drogi, z rozpaczą stwierdzając za każdym razem, że wciąż jej nie widzę. W końcu dotarłam do mojej drogi. W ciemności, w której żyłam przez tak długi czas, okazała się niezwykle jasnym światłem. Gwiazdą, której nie sposób nie dostrzec na czarnym niebie, a jednak ignorowałam ją przez całe swoje życie. Mam wrażenie, że to trwało wieczność. To, co teraz wydaje mi się oczywiste, co powinno być oczywiste od dawna, czekało na odkrycie dwadzieścia dziewięć lat mojego życia. Szmat czasu, przy założeniu, że mamy tylko jedno.

Skupiona na celach wmówionych mi przez społeczeństwo, zatraciłam siebie i swoje powołanie. Lecz gdy już je widzę, gdy mam je ciągle przed oczami, nie mogę przestać o nim myśleć. Już wiem, że jest i wyciąga ku mnie swoje ciepłe promienie. Wypełnia mnie całą, chociaż zrobiłam dopiero jeden krok, by wyjść z tego mrocznego bagna. Dopiero jedną nogą stoję na suchej ścieżce. Patrzę w jasność, która mnie przyciąga, a równocześnie przeraża. Strach przed nieznanym, ściągające mnie znów w głąb cuchnącej wody podszepty: a co jak się nie uda? Co, jeśli się mylisz, znowu?

To, co znane jest proste, łatwe i wygodne. Nieznane budzi niepokój i obawy. Nawet, gdy intuicja już nie wskazuje palcem, a krzyczy „IDŹ!”.

Każdego dnia rano siadam w fotelu, uruchamiam komputer służbowy i spoglądam przez okno po mojej lewej stronie. Patrzę na chmury leniwie przesuwające się po niebie, na drzewa poruszane podmuchem wiatru, słucham radosnych krzyków dzieci na placu zabaw i mówię sobie: „jeszcze nie dzisiaj”.


4/12/2022

Praca bez sensu

Praca bez sensu

Czy Ty też czujesz, że Twoja praca jest bez sensu? Że nie przynosi żadnych istotnych korzyści, nie zmienia świata na lepsze? Że gdyby Twoje stanowisko pracy, firma, w której pracujesz, cała branża zniknęły z powierzchni Ziemi to… nic by się nie stało?

 

Zbliżenie na mężczyznę od pasa w dół, ubranego w niebieską marynarkę i dżinsy, który jest w ruchu, a w ręce trzyma brązową aktówkę.

Owszem, utrata pracy niezaprzeczalnie jest dla wielu tragedią. W systemie, w którym przyszło nam żyć i do którego musimy się dostosować, bez pieniędzy praktycznie nie możemy nic. Pozbawieni środków do życia, jeżeli nie mamy poduszki finansowej w postaci przynajmniej pretendującej do średniej klasy rodziny, lądujemy na bruku. I to nie tylko tym przysłowiowym. Strach przed tym upadkiem jest chyba jedynym motorem napędowym dla pracujących. Nawet, jeśli w głębi duszy czują, że ich praca jest bez sensu i chętnie rzuciliby się z wieżowca, by zakończyć swoje, mające trwać prawie całe życie, cierpienie.

Możesz w tej chwili polecieć klasykiem „to zmień pracę i weź kredyt”. Z logicznego punktu widzenia, zmiana pracy wydaje się być rozsądnym rozwiązaniem, tylko, co w sytuacji, gdy musisz wybierać między sensem pracy a wynagrodzeniem, dzięki któremu Ty i Twoja rodzina nie umrzecie z głodu?

Zauważ, że każda praca, która przynosi jakąkolwiek korzyść społeczeństwu, jest kiepsko opłacana: nauczyciele, lekarze, pielęgniarki, osoby sprzątające, sprzedawcy w sklepie… Z jakiegoś powodu zgodziliśmy się na to, by ci, których praca ma znaczenie, „żywili się” ideą, a reszcie… rekompensuje się brak sensu pieniędzmi. Dokładnie tymi samymi, które są niezbędne do codziennej egzystencji. Co więcej, im mniej wycieńczającej pracy jest na danym stanowisku, tym więcej się zarabia: kierownicy zarabiają więcej od swoich podwładnych, dyrektorzy od kierowników, prezesi firm od dyrektorów itd. Ci, którzy robią najwięcej, dostają najmniej.

Idealnie ujął to David Graeber w swojej książce „Praca bez sensu”:

[Ludzie] stają wobec sytuacji, w której z jednej strony wprawdzie mogą wybrać wykonywanie użytecznej i ważnej pracy /.../, ale niemal otwartym tekstem komunikuje im się, że gratyfikacja płynąca z pomagania innym powinna wystarczyć im za nagrodę i to do nich należy znalezienie sposobu na opłacenie rachunków, z drugiej zaś strony mają do wyboru przystanie na bezsensowną i upadlającą pracę, w której rujnują swoje umysły i ciała bez wyraźnego powodu, poza powszechnym przekonaniem, że jeśli ktoś nie angażuje się w pracę, która rujnuje ich umysł i ciało, mniejsza o to, czy istnieje po temu dobry powód, wówczas nie zasługuje, by żyć.

Dygresja: to jedna z tych prac naukowych, na które uwielbiam się powoływać, bo jest niesamowicie celna. David Graeber ubrał w niej w słowa wszystko, co myślę o systemie pracy. I to dzięki niemu przekonałam się, że nie jestem w tych poglądach osamotniona.

To nie moje widzimisię

Obserwując media społecznościowe widzę, że nie tylko ja dostrzegam bezsens w pracy. Dla pokoleń urodzonych po transformacji praca przestała być nośnikiem społecznej użyteczności (jak dla naszych rodziców przeżywających młodość w PRL-u), co więcej – przestała być nawet sensownym środkiem do życia. Jaki w końcu jest cel wykonywania pracy, z której otrzymujesz tyle, że wystarcza jedynie od pierwszego do pierwszego? Kiedy z wynagrodzenia nie jesteś w stanie nawet odłożyć oszczędności? Badania pokazują, że co czwarty Polak nie posiada żadnych oszczędności, a u 1/5 badanych wystarczają one do przeżycia dwóch tygodni! DWÓCH.

Idźmy dalej – na kilkudniowy wyjazd urlopowy odkładasz cały rok, o ile w ogóle wyjeżdżasz gdziekolwiek. W większości firm nadgodziny są bezpłatne i jest to tak częste zjawisko, że pracownicy nawet z nim nie walczą (już nie mówiąc o instytucjach, które powinny bronić praw pracowników, a nie działają wcale).

Kolejna rzecz to idiotyczna długość dnia pracy. Już niejedne testy udowodniły, że przy obecnej technologii spokojnie można by skrócić dzień, a nawet tydzień pracy. Jednak tylko nieliczne firmy na świecie decydują się dać żyć swoim pracownikom. Więc musisz siedzieć w tej kretyńskiej, bezsensownej pracy określoną liczbę godzin, nawet jeśli swoją pracę jesteś w stanie wykonać w krótszym czasie, ale broń Boże się do tego nie przyznawaj! Wtedy doczekasz się nie pochwał za produktywność i efektywność, ale więcej, jeszcze więcej tej bezsensowej pracy.

Czy możemy coś z tym w ogóle zrobić?

Jedynym antidotum na rozgoryczenie, zalecanym przez „specjalistów z internetów” jest założenie własnej firmy. „Jak taki mądry jesteś, to załóż własną firmę, zobaczysz, jak to jest” – piszą. Tylko, jeżeli wszyscy będziemy właścicielami firm, to kto będzie pracował? I dlaczego remedium na bezsens pracy etatowej ma być otworzenie własnej firmy, czyli de facto tworzenie kolejnych bezsensownych miejsc pracy, a nie wprowadzenie zmian systemowych?

W latach 30. ubiegłego wieku naukowcy wieszczyli wielkie zmiany, jakie miały nastąpić w naszych czasach – dzięki technologii mieliśmy pracować 15 godzin tygodniowo, a przez resztę korzystać z życia. Rzeczywistość jednak wygląda inaczej, bardziej przypomina dystopijną wersję świata styranego i pełnego niesprawiedliwości, gdzie 1% bogatych wyzyskuje pozostałe 99% społeczeństwa, wmawiając im, że mogą dojść do bogactwa, jeśli tylko chcą. Roztaczają wizję życia w luksusie, na który, powiedzmy sobie szczerze, nikogo z nas nie będzie stać nawet gdybyśmy żyli po 300 lat. Jak w „Igrzyskach śmierci” czy „3%”, gdzie gorsi ludzie są oddzieleni od wybrańców i muszą spełnić określone wymagania, by przebić się do lepszego świata (co i tak jest niemalże nie do zrobienia).

„Pracuj więcej, dłużej i wstawaj wcześniej”. To już nie działa, już wiemy, jesteśmy świadomi, że to nie przyniesie nam nic, prócz zmęczenia, stresu i chorób. Ale tylko nam, pracującym na dole drabiny.

Zadziwiające jest jednak to, jak dla wielu osób, które ledwo odbiły się od najniższej krajowej, ten niewielki wzrost sprawił, że uważają się już za klasę średnią. I to oni najczęściej bronią przestarzałego, niepasującego do naszych czasów systemu, podczas gdy niewiele, bo zaledwie dwie niespłacone raty kredytu dzielą ich od bezdomności.

11/08/2021

To jestem ja i bardzo się boję - o pierwszej rozmowie z psychoterapeutą

To jestem ja i bardzo się boję - o pierwszej rozmowie z psychoterapeutą

Ogrodzenie z siatki przy drodze, na którym są powieszone trzy kartki, tworzące napis "Don't give up, you are not alone, you matter". Za ogrodzeniem rosną zielone drzewa.


Po roku rozważań wszelkich "za" i "przeciw", zrobiłam to. Umówiłam się na swoją pierwszą wizytę u psychoterapeuty. Dotarłam do etapu, w którym sama już sobie nie potrafię pomóc i mimo że ciągle w głowie odzywa się głos, że inni mają gorzej, a ja wyolbrzymiam, posłuchałam serca.

Łatwo radzić innym

Nie zliczę, ile razy mówiłam swoim bliskim, że traktują się zbyt surowo, że nie powinni tak krytycznie na siebie patrzeć i w końcu - że będzie dobrze. Wielokrotnie powtarzałam, że powinni z większą czułością podchodzić do samych siebie oraz że jeżeli mają taką potrzebę, zawsze mogą przyjść, a ja ich wysłucham. Brzmi pięknie, prawda? Szkoda tylko, że tych samych rad nigdy nie potrafiłam zastosować do siebie.

Zawsze stawiałam sobie wysoko poprzeczkę - jeżeli nie ja, to kto da radę? To ja jestem podporą dla innych. Muszę być zawsze czujna i gotowa. Muszę wszystko ogarnąć i panować nad sytuacją. W innym wypadku zapanuje chaos. Tak przeżyłam ostatnich siedem lat. Siedem lat ciągłego czuwania i przewidywania czarnych scenariuszy. Siedem lat udowadniania innym swojej wartości. Siedem lat dążenia do jakiegoś niedoścignionego ideału: nie mogę się pomylić, nie mogę popełnić błędu, bo wydarzy się jakaś katastrofa. No więc mam tę swoją katastrofę i prawdę powiedziawszy, czuję się fatalnie.

Odejść i zapomnieć

Zrozumienie, że potrzebuję pomocy przyszło po odejściu z pracy, która mnie wykańczała. Jak sama zauważyłaś, od roku na blogu nie pojawił się nowy wpis. Zwyczajnie nie miałam siły. Wydawało mi się, że jeżeli na chwilę opuszczę gardę, to życie uderzy mnie prosto w twarz, a gdy upadnę, dodatkowo skopie po nerkach. W pracy ogarniałam wszystko: kryzysowe sytuacje z klientami, kryzysy wewnątrz firmy, wszelkie plany i rozkład pracy. Gdy już myślałam, że pożar ugaszony, zamaszystym krokiem, rozpychając się łokciami, wchodził mój szef. Podważał każdą decyzję, którą podjęłam, zawalał każdy termin, który ustaliłam z klientem, zmieniał budżety reklamowe, nie informując mnie o tym. Mówiąc najkrócej - robił ze mnie bardzo niekompetentnego pracownika. I po dwóch takich latach, dokładnie tak się czuję.

Myślałam, że opuszczając firmę, zostawię w niej też wszystkie negatywne emocje, jednak one podążyły za mną i to był ten moment, w którym zrozumiałam, że sama sobie z tym nie poradzę. Nie potrafię już stanąć obok i ocenić obiektywnie sytuacji.

Czy zapisanie się na psychoterapię było łatwe? 

Absolutnie nie. Z zamiarem nosiłam się już od dobrych kilku miesięcy, ale ilekroć zaczynałam poszukiwania specjalisty, kończyłam je zdaniem: "przesadzasz, inni mają gorzej". Nawet gdy już wybrałam specjalistę i zapisałam się na wizytę, ten głosik w głowie nie odpuszczał. Prawie ją odwołałam, gdyby nie moje poczucie obowiązkowości. "Powiedziałaś A, to teraz trzeba powiedzieć B". W końcu nie można zawracać komuś głowy, zajmować harmonogram i jeszcze odwoływać. To jest niedojrzałe.

Tutaj są moje emocje, proszę nie strzelaj do mnie

To dzisiaj odbyło się to spotkanie. Przed nim miałam pustkę w głowie. Zupełnie nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Nie miałam też w związku z tym żadnych oczekiwań. Starałam się wierzyć, że osoba, z którą będę rozmawiać, wie, co robi. I jakoś poszło.

Nie będę Cię oszukiwać, nie było lekko i przyjemnie. Już w pierwszych minutach się rozpłakałam, gdy tylko wspomniałam, z czym mam problem. Silne emocje nie opuszczały mnie przez całą godzinę. Równocześnie wydawało mi się, że powiedziałam za dużo i że nie powiedziałam nic, a po wszystkim... czułam się bezradna i odsłonięta. Wciąż tak się czuję. Jak postawiona na poligonie tarcza strzelecka. Tutaj są moje emocje, proszę nie strzelaj do mnie.

Trafianie pierwszą wizytę u psychoterapeuty podsumowała moja przyjaciółka: czułam się, jakbym się rozebrała do naga przed obcymi ludźmi i miałoby mi to pomóc.

To dopiero pierwsza rozmowa, nie zamierzam się jeszcze poddawać. Wiem, że jedno spotkanie nie dokona cudu i nie uzdrowi mnie, więc szukam w sobie siły do kolejnego, które odbędzie się za dwa tygodnie.

Jest we mnie dużo emocji. Cały czas roztrząsam, czy powiedziałam coś źle, czy zostałam dobrze zrozumiana i co psychoterapeutka sobie o mnie pomyśli. Co jakiś czas pojawia mi się w głowie myśl, że muszę do niej napisać i sprostować to, co powiedziałam. Próbuję odzyskać kontrolę, znów schować wszystko głęboko. Przykryć grubą warstwą ziemi i udawać, że nic się nie stało.

Wciąż zastanawiam się, czy wyolbrzymiam swoje problemy. Może po prostu powinnam wziąć się w garść?

Gdybym usłyszałam to od Ciebie, powiedziałabym: jeśli potrzebujesz pomocy, nie ma w tym nic złego i nie świadczy o Twojej słabości. Wzięcie się w garść to nie rozwiązanie problemów, a zamiecenie ich pod dywan. Silne emocje są zrozumiałe, ponieważ przeżywasz coś, delikatnie mówiąc, nieprzyjemnego. Nie musisz spełniać niczyich oczekiwań, możesz odpuścić. Dbasz o siebie, podejmujesz kroki ku temu, by czuć się zdrowiej. 

To samo próbuję dzisiaj powtarzać sobie.

11/19/2020

Piękna i długa reklama udawania, że nic się nie stało

Piękna i długa reklama udawania, że nic się nie stało

Dwie obrączki leżące w kroplach deszczu na ciemnym tle
Photo by Zoriana Stakhniv on Unsplash

Powiedzmy to sobie wprost: świat się zmienił. Choćbyśmy bardzo chcieli wrócić do tego, co było, rzeczywistość, jaka czeka nas po tym rollercoasterze wydarzeń, na nowo zdefiniuje "normalność". Mimo to chodząc codziennie do pracy z wymuszonym zachowaniem, jak gdyby nic się nie stało, odnoszę wrażenie, że sami siebie zmuszamy do udawania, że jest po staremu.

Udajemy, że nic się nie stało

Pracuję w agencji marketingowej i chyba jak wszystkim branżom, 2020 dostarczył nam niezłej huśtawki nastrojów. Z jednej strony wszyscy przenoszą swój biznes do sieci, by przetrwać. Z drugiej ograniczają do minimum wydatki na reklamę, również, by przetrwać. Wciąż lawirujemy między ogromem pracy nad e-sklepami a stawaniem na rzęsach, by 500 zł miesięcznie wystarczyło na jego promocję.

Żaden z naszych klientów nie oferuje produktów/usług pierwszej potrzeby, a jednak odnoszę wrażenie, że sądzą inaczej. Gdzieś umyka im, że tego roku nie zamkną z takim samym wynikiem sprzedażowym, jak poprzedni przez obecny kryzys. I zgodnie z zasadą działania ludzkiego mechanizmu obronnego, szukają winnego - nas - by jakoś wyjaśnić sobie tę sytuację. 

Świat nieco zwolnił, jeszcze się nie zatrzymał, jednak ograniczył prędkość. Według badań Polacy są w czołówce narodów popadających w depresję przez pandemię. Obawiamy się o pracę, o to że nasi bliscy zachorują, że sami zachorujemy, że rząd odbiera nam prawa i nie respektuje praworządności, a na dodatek nic nie robi, by zapanować nad rozprzestrzeniającym się wirusem. Kogo w sytuacji zagrożenia obchodzą projekty ogrodów, stroje erotyczne czy nowe okna? Nasza rzeczywistość się zmienia, my się zmieniamy. Wiosenny lockdown dał nam czas, by zastanowić się, co jest tak naprawdę w życiu ważne. Przynajmniej chwilowo nadmierny konsumpcjonizm rozpędzany latami przez rozwijającą się gospodarkę, musi nacisnąć hamulec. Chociaż już od lat z własnej woli ograniczam zbędne wydatki, w tym roku wyjątkowo często łapię się na tym, że trzy razy się zastanowię zanim coś kupię czy w ogóle tego potrzebuję. Myślę, że nie jestem w tym sama.

Bajki mają się w porządku

Najnowsza świąteczna reklama Apartu to tylko jeden z przykładów oderwania od rzeczywistości firm oferujących produkty z założenia luksusowe. Gdyby wyszła rok temu, prawdopodobnie nie wzbudziłaby tak dużego zainteresowania. Ale w 2020 są zjawiska i rzeczy, obok których nie przechodzi się obojętnie. Piękne kobiety, wspaniała willa, luksusowe stroje, limuzyna, wielkie paczki prezentów, wszechobecny blichtr i przepych, a i Wodecki pięknie im akompaniuje. Z drugiej strony my: żyjący przez większość roku w zamknięciu, w strachu przed pandemią, w narastającym napięciu wywołanym przez niemiłościwie nam panujących. Apart swoje - życie swoje. Być może chcieli zakląć rzeczywistość, zostać w tej bajce, którą tworzyli rok w rok. Stworzyć namiastkę normalności, że pewne rzeczy są stałe. Tylko że w dobie kryzysu nikt w bajki nie wierzy. Takie historie raczej wywołują wewnętrzny bunt, więc z tej mentalnie niewygodnej sytuacji mogliśmy wyjść na dwa sposoby: oburzeniem lub... śmiechem. Na całe szczęście dla Apartu skończyło się tym drugim. Parodia reklamy rozładowuje to napięcie, które kumuluje się w człowieku, gdy widzi oryginał, a następnie słucha o tym, że policja znów pałowała ludzi biorących udział w manifestacjach. Przynajmniej na chwilę faktycznie się uśmiechamy.


Ta konieczność pogodzenia fatalnej sytuacji w kraju z koniecznością wykonywania codziennych obowiązków jak wcześniej i marketingową ułudą, prowadzi do rozdarcia. I każdy z nas jest wewnętrznie rozdarty, choć nie wszyscy to zauważamy i przyznajemy. Część z nas wychodzi na ulicę, inni dają upust emocjom w sieci, jeszcze inni po prostu rozmawiają ze znajomymi. Świadomi, że problemy nie skończą się wraz z nadejściem stycznia. Jest listopad 2020. Za chwilę ten rok się skończy, a jednak nie odczuwam żadnej ulgi.

8/11/2020

Antynatalizm 2020

Antynatalizm 2020
Photo by Steve Johnson on Unsplash


2020 daje ludzkości w kość naprawdę ostro. Jednak poza koronawirusem czy wybuchem wulkanu, te najtrudniejsze wydarzenia wzbierały latami i teraz wreszcie czara goryczy się przelała. Patrząc na to, jak dzisiaj wygląda świat, zastanawiam się, czy powoływanie nowego życia jest moralne?


Antynatalizm towarzyszy mi odkąd pamiętam. Już jako trzynastolatka byłam pewna, że nie chcę mieć dzieci, chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam, że podświadomie kieruje mną jakaś filozofia. Uważałam, że to okrutne stworzyć nowe życie i zmuszać je do egzystencji w świecie pełnym nienawiści, cierpienia i przemocy. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie są dla siebie niemili, dzieci wytykają palcami inne dzieci, a dorośli się zabijają. W podstawówce byłam beksą, cholernie wrażliwą na wszelką niesprawiedliwość i pewnie tak zapamiętali mnie wszyscy ze szkoły. Ot, ryczy z powodu byle gówna.

Od kilku lat mam wrażenie, że samopoczucie całej planety ma się coraz gorzej. Nie mam na myśli tylko zanieczyszczeń spowodowanych przez ludzi, ale i sam nasz gatunek - zamiast się rozwijać, chyba cofamy się w rozwoju.

Zadziwia mnie, z jaką perfekcją miłościwie nam panujący manipulują ludźmi, napuszczając jednych na drugich. Robią z jednych "prawdziwych Polaków", a po drugiej stronie stawiają "nieludzi". Politycy przesuwają granicę przyzwoitości, pozwalając sobie śmiało na mowę nienawiści, dając zielone światło nacjonalistom-neonazistom do przemocy wobec tych, którzy nie pasują do biało-czerwonego obrazka: uchodźców, kobiet żądających prawa do aborcji, osób nieheteronormatywnych.

Pamiętam, gdy pani Kolenda-Zaleska wyrzuciła posła Żalaka z wizji za stwierdzenie, że "LGBT to nie są ludzie". Pamiętam, jak ktoś z moich znajomych bronił posła, bo nie pozwolono mu wyjaśnić, co miał na myśli. Jednak te same słowa powtórzył Andrzej Duda (na którymś ze swoich przedwyborczych wieców) i nikt, nikt nie zabronił mu wyjaśnić, co ma na myśli. Tak samo nikt nie przerywał posłowi Czarnkowi, gdy w telewizji państwowej powiedział, że "ci ludzie nie są równi ludziom normalnym". Mieli wiele okazji, by wyjaśnić "o co im chodzi". Wygląda jednak na to, że to nie wymaga wyjaśnień.

Strefy wolne od LGBT, aresztowania za wywieszenie tęczowej flagi, pobicia za kolorowe włosy, homofobiczne napisy pod oknami mieszkania - ostatnie wydarzenia przyprawiają o mdłości, a to zaledwie wierzchołek góry lodowej festiwalu pogardy i nienawiści, jaki zgotował Polakom rząd i to przy radosnym akompaniamencie pewnej części obywateli.

Patrzę na to i zastanawia mnie, jak to jest możliwe, że ludzie chcą się rozmnażać. Czy naprawdę ci, którzy tak głośno krzyczą o zabijaniu osób o innej orientacji seksualnej, chcą, by dzieci, ICH dzieci żyły w świecie pełnym nienawiści? Co zrobisz, jeśli Twoje dziecko nie będzie heteroseksualne? Wyrzucisz z domu, czy wyślesz na "leczenie"? Orientacja nie jest czymś, co sobie wybierasz tak jak nie wybierzesz koloru oczu czy kształtu nosa. To tak, jakby ktoś zaproponował żeby wieszać ludzi o brązowych oczach, bo są za ciemne. Zróbmy strefy wolne od brązowookich, w końcu wszyscy o brązowych oczach to pedofile i są zagrożeniem dla społeczeństwa. Brzmi absurdalnie, co? No właśnie.

Ten gej, którego nazywasz zboczeńcem i gwałcicielem, tak samo, jak Ty urodził się w tym smutnym kraju, pracuje tu i płaci podatki. Ma rodzinę i przyjaciół. Być może dostarcza Ci paczki jako kurier, zajmuje się marketingiem Twojej firmy albo doradzał w wyborze telewizora w sklepie. Nie wiesz tego, ponieważ TO NIEISTOTNE, JAKIEJ JEST ORIENTACJI. Jest człowiekiem. Normalnym, zwykłym człowiekiem. Wiesz co go różni od Ciebie? Codziennie słucha, że jest zboczeńcem i pedofilem. Nie może na spacerze wziąć za rękę ukochanej osoby w obawie przed pobiciem. Nie wie, czy gdy wróci do swojego domu, nie zastanie wybitych szyb i obraźliwych haseł na ścianach. I to wszystko dlatego, że żyje. Powiedz, jak długo byłabyś/byłbyś w stanie znosić taką pogardę?

Taki kolorowy świat szykujemy dla tych, którzy właśnie się rodzą. My, światli przedstawiciele gatunku w dwudziestym pierwszym wieku, niczym nie różniący się od niepiśmiennych ludzi z wieków ciemnych.

Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy decydują się na rodzicielstwo, zupełnie nie patrzą w przyszłość i nie widzą konsekwencji wydarzeń, które mają miejsce dzisiaj. Nie, nie zostawicie swoim dzieciom pięknej zielonej planety i happy endu. Zostawicie im głód, wojnę i śmierć. Do tego wszystkiego to dąży.

Ciekawi mnie, co powiecie swoim dzieciom, gdy za 20-30 lat zapytają, dlaczego Wasze pokolenie dopuściło do władzy ludzi o autorytarnych zapędach, dlaczego muszą żyć w świecie, gdzie zabija się za nie ten kolor skóry, wyznanie, czy orientację seksualną, a kobiety wciąż nie mogą decydować o swoim ciele. Przy tym wszystkim, co się dzieje, odpowiedź "ponieważ chciałam/chciałem mieć dziecko" wydaje się miałka. Ta o niewiedzy, do czego to doprowadzi, również.

Ja dzieci mieć nie będę. Jest to dla mnie moralnie złe. Jednak Ty, jeśli planujesz założyć rodzinę, najpierw zadbaj o to, by na tym świecie Twoje dzieci mogły być sobą.

5/18/2020

Kryzysy obnażają prawdę

Kryzysy obnażają prawdę
Myślałam, że pominę temat koronawirusa, jednak ciężko nie odnosić się w zupełności do sytuacji, która (w różnym stopniu) dotyka dosłownie każdego człowieka na świecie. Nie chcę się rozpisywać o samej pandemii — jestem pewna, że media zapewniają Ci "rozrywkę"w postaci aktualnych informacji na bieżąco. Chodzi mi o coś innego: kryzysy obnażają prawdę. Prawdę o nas samych.

Czas pokoju, czas wojny

Zapewne słyszałaś kiedyś takie powiedzenie, że nie należy oceniać czasu wojny z perspektywy czasu pokoju. Coś w tym jest. Mając możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb, mogąc się rozwijać i mając pewność, że po spokojnie przespanej nocy obudzimy się i będziemy żyć dalej — podejmowanie etycznych i moralnie właściwych decyzji jest łatwiejsze. Jednak co zrobiłabyś w sytuacji, gdy od trzech dni nie miałabyś jedzenia w ustach? Co w sytuacji, gdy ze strachu przed bombardowaniem bałabyś się zasnąć? Co, gdy od śmierci drugiego człowieka zależałoby Twoje życie? Łatwo nam, żyjącym w chyba najlepszych dla naszego gatunku czasach, mówić, jakimi bylibyśmy bohaterami. Niestety, zapewne byśmy nie byli.

Mamy kryzys

Mamy kryzys  epidemia choroby o nieładnej, surowej i bezosobowej nazwie COVID19 zatrzymała świat. Fundamenty naszej cywilizacji zaczęły się sypać. Gospodarka oparta na konsumpcjonizmie wali się, bo przestaliśmy konsumować w takich ilościach, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Firmy upadają, ludzie tracą pracę i środki do życia. Niektóre przedsiębiorstwa próbują utrzymać się na tym nieznającym litości morzu kapitalizmu za wszelką cenę, zatapiając swoich pracowników. Inni poddają się, a jeszcze inni próbują na tej tratwie utrzymać każdego, kogo zdołają.

To właśnie kryzysy  takie jak ten — pokazują dla kogo pracujesz lub jakim pracodawcą jesteś. Tak, wiem, jeśli prowadzisz firmę, będziesz się teraz oburzać na moje słowa. Bo to Ty jesteś w czarnej d... i Tobie wali się dach, a ja...chcę pisać o perspektywie pracownika. Jednak robię to właśnie dla Ciebie, bo musisz coś zrozumieć. Cięcie kosztów w czasie kryzysu jest nieuniknione, rozumiem to. I rozumiem, że będziesz zwalać ludzi, obniżać czas pracy i wynagrodzenia. Mimo to pamiętaj, że po drugiej stronie masz człowieka, który zostanie bez środków do życia i to go stresuje. On też(tak jak Ty) ma kredyt do spłacenia i rodzinę albo wynajmuje mieszkanie, które też musi opłacić. 

Człowiek we mgle
Photo by Brunel Johnson on Unsplash

Co możesz zrobić, by nie być jednym z tych "januszy biznesu"?

Przede wszystkim nie zostawiaj ludzi, którzy dla Ciebie pracują bez informacji, oczekując, że zaczną ratować Twój biznes. Nie zaczną, bo nie okazujesz ich problemom należytego zainteresowania. No pomyśl: pomagałabyś komuś, kto z Tobą nawet nie chce rozmawiać? Jeśli jest źle  powiedz, że jest źle. Powiedz, że nie wiesz, co będzie dalej, że prawdopodobnie wynagrodzenia będą niższe, że postarasz się, by zachowali miejsca pracy. Musisz zwolnić? Wytłumacz dlaczego.

Jeśli chcesz, by Twoi podwładni byli lojalni wobec Ciebie, Ty też musisz taka być. Jeżeli na informację o tym, że mają kredyty i rodziny do utrzymania, Twoją jedyną odpowiedzią jest, że masz to gdzieś  dostaniesz od swoich ludzi dokładnie to samo. I proszę, nie mów wtedy o lojalności, o tym, że są niewdzięczni. Nikt bowiem, nawet Ty, nie chce pracować dla kogoś, kto widzi tylko liczby, a nie człowieka.

Nawet nie wiesz, jak wiele może zmienić zwykła rozmowa. Uwierz mi, wszyscy pojmują, że znaleźliśmy się w niecodziennej sytuacji i nic już nie będzie takie, jak kiedyś. Twoi pracownicy też to zrozumieją, serio. Zupełnie inaczej zareagują na zmniejszenie etatu lub wynagrodzenia, gdy najpierw porozmawiasz z nimi. Ten prosty gest naprawdę wiele zmienia. Podczas trwającej już od kilku miesięcy epidemii wysłuchałam ludzi, którzy zostali zwolnieni bez słowa (nawet po kilkunastu latach pracy nie usłyszeli "dziękuję"), takich, którym bez żadnego porozumienia zmniejszono wynagrodzenie przy równoczesnym dołożeniu nowych obowiązków i takich, z którymi ich przełożeni na bieżąco konsultowali zmiany w firmie. Myślę, że domyślasz się, którzy starają się działać na korzyść pracodawcy.

Kryzysy obnażają prawdę o nas samych. To, jak w tej chwili postępujesz, być może w tej chwili przyniesie Ci jakieś korzyści. Jednak na dłuższą metę możesz wiele stracić. W Internecie nic nie ginie. Opinia, jaką sobie właśnie wypracowujesz, zaowocuje w przyszłości. Oby to nie były zgniłe owoce.

1/25/2020

Jesteś marką, nie człowiekiem

Jesteś marką, nie człowiekiem
Tak to już się dziwnie utarło, że w XXI wieku przestaliśmy być ludźmi, a zaczęliśmy być tak zwaną marką osobistą. Nie ma człowieka, są zasoby ludzkie, osobowość, która powinna odnieść sukces. Musisz dbać o wizerunek, by stać się w ogóle interesującym człowiekiem.

zima, zaśnieżony las
Photo by Adam Chang on Unsplash


Znowu trafiłam na kolejny tekst dotyczący zarządzania marką osobistą. Przeczytałam ich już tak dużo, lecz dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo już samym językiem degradujemy siebie jako ludzie. Czy wraz za tą degradacją słowną idą czyny? Mówi się, że świat schodzi na psy, że ludzie są coraz gorsi, tylko czy bylibyśmy inni, lepsi, gdybyśmy więcej uwagi poświęcali sobie jako ludziom, niż sobie jako markom? Życie stało się biznesem, musisz się sprzedać żeby coś osiągnąć. Musisz być "biznesowym guru", bo już nie wystarczy znać się na tym, co się robi (w końcu takich osób jest tysiące, więc łatwo Cię wymienić). Odpowiednio pokazać się w sieci, wykazać entuzjazmem i optymizmem na rozmowie rekrutacyjnej, nie narzekać, bo "tworzysz negatywną energię". Może stąd, w ramach podświadomego buntu, pojawia się w sieci taka ilość stron i memów, które obrazują pesymistyczne podejście do życia (np. Ból Istnienia Schopenhauera na Facebooku)? Wewnętrzna obrona przed hurraoptymizmem, której efektem są treści o niechęci do innych ludzi, problemie z wychodzeniem z domu i szarości dnia codziennego.

pesymizm, schopenhauer
źródło: Ból Istnienia Schopenhauera


Tak naprawdę poza swoimi własnymi czterema kątami, chyba nigdzie nie można być szczerym (a raczej - nie powinno się). W pracy wymagają byś się uśmiechał, w mediach społecznościowych masz ociekać szczęściem i sukcesem. Imprezować na maska, robić karierę na maksa, podróżować na maksa. Gdzie w tym wszystkim czas na bycie sobą? Wirtualne, fikcyjne życie staje się rzeczywistością. Przenosimy ten fałsz na codzienność i rujnujemy sobie psychikę - to, co mówimy i robimy jest niespójne z tym, co myślimy i czujemy. Rozwarstwiamy się i rozpadamy wewnątrz powłoki zwanej ciałem z szerokim uśmiechem udając, że wszystko jest ok. Nie jest. I nawet nie ma komu o tym powiedzieć. Nic dziwnego, że potrzebujemy tylu psychiatrów i psychoterapeutów skoro wszystko tłamsimy w sobie, bo nie należy się uzewnętrzniać.

Znajomości. Nie przyjaźnie, koleżeństwo. Znosisz innych i sama jesteś znoszona, bo "ta znajomość może się przydać". Chyba właśnie tylko tym jesteśmy - znajomością, która może się przydać. Nie przydaje się? No trudno, znikam. Zastanawia mnie, jak wielu w rzeczywistości wartościowych ludzi skasowaliśmy z naszego życia, tylko dlatego, że się "nie przydali".

Zauważyłaś? Tak naprawdę nigdzie nie wolno okazywać uczuć, bo to, w przypadku kobiet, oznaka histerii, a u facetów słabości. Pamiętam sytuację, gdy w pracy dostałam telefon o nagłej śmierci bliskiej mi osoby. Rozkleiłam się i, zamiast słów pocieszenia, usłyszałam "uspokój się, jesteś w pracy". Możesz przeżywać głębokie, bardzo głębokie emocje, ale nie wolno Ci ich okazać, bo to wpływa na Twój wizerunek. Przestajemy być autentyczni, nie dlatego, że nie chcemy, tylko dlatego, że "nie wypada". Chociaż tyle mówi się o szczerości względem siebie i otoczenia, to samo otoczenie zmusza nas do zakładania maski. To tak jak z unikaniem stresu - psycholodzy alarmują, że to szkodzi zdrowiu, że musimy go unikać, co nijak ma się do codzienności przeciętnego człowieka. Możesz znać sposoby dbania o zdrowie psychiczne i równocześnie nie móc wprowadzić ich w życie przez otoczenie.

W każdej dziedzinie życia odpowiedzialność spychana jest na ostatnie ogniwo w łańcuchu. Producenci przerzucili odpowiedzialność za śmieci na konsumentów, przedsiębiorcy panowanie nad stresem na pracowników, a specjaliści od coachingu wmawiają swoim odbiorcom, że są kowalami swojego losu. Gdy im nic nie wychodzi to ich wina. Po prostu są "nie dość" - nie dość dobrzy, nie dość zaangażowani, nie dość optymistyczni, uśmiechnięci, pozytywni.

Im bardziej stajemy się marką, tym mniej w nas człowieka.

1/20/2020

Rozczarowanie - ciężar konfrontacji z rzeczywistością

Rozczarowanie - ciężar konfrontacji z rzeczywistością
Najpierw się dziwisz takiemu obrotowi rzeczy. Później chcesz się zbuntować, złościsz się, chcesz coś zmienić. Po kolejnym razie obojętniejesz, by wreszcie zaczął ogarniać Cię głęboki smutek. Rozczarowanie. Trudne jednoznacznie do zakwalifikowania, bo przecież inne jest rozczarowanie rodziców ocenami dziecka, inne nietrafionym prezentem, a inne... życiem.

Są ludzie, którzy po prostu wstają, otrzepują się i jak gdyby nigdy nic, idą dalej. Tych świat uwielbia: niezmordowani, twardzi, niedający ponieść się emocjom, brnący do przodu pomimo przeszkód. Są też tacy, którzy nieco inaczej widzą świat. Dostrzegają rzeczy, które umykają tym pierwszym. Zamyślą się na sypiącymi płatkami śniegu (już tak dawno nie było prawdziwej zimy!), wystawią twarz do słońca, gdy tylko wyjdzie zza chmur. Codziennie walczą o przeżycie z rzeczywistością, która tak bardzo odbiega od ich wyobrażeń. Za nimi świat nie przepada, ponieważ chcą więcej.

samotne drzewo, czarno-biała fotografia
Photo by Jake Colling on Unsplash


A miało być tak pięknie!

Oto skończyłaś studia, masz w sobie pokłady energii i mnóstwo chęci, by rozpocząć prawdziwą dorosłość. JESTEŚ GOTOWA. Szukasz pracy, składasz CV wszędzie tam, gdzie widzisz szansę na rozwój, na zrobienie czegoś wielkiego. Zderzasz się z pierwszą ścianą - telefon milczy, a Ty czekasz na pracę. Wściekasz się, bo nawet nie dają Ci szansy pokazania na co Cię stać. Nie taki start sobie wyobrażałaś. Rozczarowanie. Nie podajesz się. Jedna porażka nie oznacza klęski.

Krok do przodu...

Dostajesz pierwszą pracę. Cieszysz się, że wreszcie się usamodzielnisz i będziesz mogła wykazać. Pracujesz na pełny etat, chociaż umowę masz na pół. Trudno - myślisz - grunt, że mam pracę. Przy pierwszej wypłacie boleśnie dociera do Ciebie czym jest różnica między brutto a netto. A godziny nadliczbowe wcale nie są płatne. Wkurzasz się, chcesz zawalczyć o należne pieniądze, czym rozzłościsz szefa. Rozczarowanie. Ale nic to, możesz zmienić pracę.

... i dwa kroki w tył

Idziesz dalej. Umowa na cały etat, ale z jakiegoś powodu strasznie boisz się szefa. Pourlopowe awantury, pretensje o rzeczy, na które nie masz wpływu, wykonywanie wielu rzeczy naraz na już. Później dowiadujesz się, że tak wygląda mobbing. Nadgodziny nie są płatne, ale to już wiesz.

Wiatr w żagle, wiatr w oczy

Zmieniasz pracę. Wydaje się, że trafiłaś do właściwego miejsca. Jako jedyna ze swoich znajomych nie narzekasz na pracę. Robisz to, co lubisz, masz fajnych współpracowników, a szefa widujesz od wielkiego dzwonu. Myślisz, że teraz pójdzie już z górki, ale nagle coś się psuje. Współpracownicy zaczynają odchodzić, zmieniają Ci stanowisko, a nowe obowiązki nie dają żadnej satysfakcji. Rozmawiasz o tym z szefem. Słyszysz, że to co robiłaś jest dla firmy w tej chwili nieopłacalne, nie zarabiasz na siebie, a satysfakcja z nowych zadań przyjdzie z czasem. Wierzysz mu. W tym czasie zaczynasz mierzyć się z klientami, którzy wykazują niezadowolenie z Twojej pracy. Bierzesz się do roboty przekonana, że Twoja nieudolność wynika z braku wiedzy i umiejętności niezbędnych na nowym stanowisku.

Po pracy szukasz kursów i blogów, dzięki którym poszerzasz swoją wiedzę. Obserwujesz vlogi specjalistów w Twojej dziedzinie i robisz notatki. Następnie wykorzystujesz nowo zdobytą wiedzę w pracy. Zauważasz zmiany, rezultaty. Dla nich to wciąż źle, za mało. Próbujesz znaleźć błąd w swoim postępowaniu. Bez końca analizujesz swoje działania, czujesz, że docierasz do granic swojej kreatywności i twórczego myślenia. I wtedy dociera do Ciebie, że czego byś nie zrobiła, oni i tak będą niezadowoleni. Spaliłaś się na marne. Rozczarowanie.

"(…) żeby powstać i znów iść"

Jeszcze gorzej, gdy do rozczarowań zawodowych postanawia przyłączyć się Twoje życie prywatne. Gdy masz wrażenie, że od rana do nocy musisz bić głową w mur. Ciągłe podwyżki cen, wynajęte mieszkanie, które, według właściciela, ma służyć za magazyn na Twoje rzeczy, a nie do mieszkania. Spychanie odpowiedzialności za stan planety na konsumentów, szerząca się nienawiść i pogarda. Rozczarowanie. Frustracja.

No właśnie, frustracja. Nishka Tur, na TedxKatowice, mówi o tym, że to uczucie popycha nas do działania. Sprawia, że bierzemy sprawy w swoje ręce i zmieniamy to, co nas frustruje. Zastanawiam się, czy najpierw jesteśmy rozczarowani i, by wysiąść z rozpędzonej karuzeli rozczarowania, potrzebujemy doprowadzić się do frustracji? Czy może jest odwrotnie - zbyt częste frustracje powodują permanentne rozczarowanie?

I co zrobić, gdy dociera się do granicy swojej wytrzymałości? Można się podnieść po wielu rozczarowaniach, wyjść z wielu frustracji, tylko, że gdzieś w końcu wyczerpuje się ta magiczna energia pozytywnego myślenia. Zaczynasz czuć, że wcale nie będzie dobrze, że ponownie pogrążasz się w rozczarowaniu. Z tą różnicą, że teraz już nie masz siły niczego zmieniać.


1/12/2020

Pracodawco, proszę o odpowiedź

Chociaż na rynku pracy jestem już od kilku lat oraz mam za sobą co najmniej 40 rozmów kwalifikacyjnych, wciąż zaskakuje mnie, jak wolno docierają do firm pewne standardy kultury. Odnoszę wrażenie, że od czasów upowszechnienia Internetu, zabrakło równoczesnego upowszechnienia zasad zachowywania się w sieci. Niby istnieje netykieta, ale - przyznajmy szczerze - ile osób w ogóle kiedykolwiek zajrzało do niej? 

To, co mnie mierzi, jeśli chodzi o stosunki pracodawca -  kandydat, to powszechność nieodpowiadania na wiadomości mailowe. Wróćmy na chwilę do czasów sprzed rewolucji internetowej. Wysyłasz list, więc oczekujesz odpowiedzi, ale odbiorca nie odpisuje. Zaczynasz się zastanawiać, co się stało, czy w jakiś sposób go obraziłaś, czy list nie dotarł, a może wydarzyła się jakaś tragedia. Wiele różnych emocji zaprząta głowę, czasem nie daje spać. Chociaż zmieniała się forma pisania listów, to jednak uczucia towarzyszące brakowi odpowiedzi są podobne. No, w przypadku maila dotyczącego pracy może zamiast tragedii pojawi się raczej spadek poczucia wartości.

Nie odpisując na wiadomość, jasno dajesz do zrozumienia, że nie szanujesz nadawcy.


Ja doskonale rozumiem - przez skrzynki mailowe firm przelewa się codziennie masa wiadomości. Sama odbieram ich kilkanaście, czasem kilkadziesiąt. Może nie odpisuję od razu, ale w końcu to robię, ponieważ wiem, że tam po drugiej stronie ktoś czeka na moją odpowiedź.

Może się mylę, ale gdy ktoś wysyła do danej firmy podanie o pracę (nie w odpowiedzi na ogłoszenie, ale sam z siebie) powinien to być sygnał dla przedsiębiorcy, że udało mu się zbudować dobry wizerunek firmy. W końcu kandydaci sami garną się do pracy. Jednak tak mała rzecz, jak brak odpowiedzi na maila z podaniem może ten wizerunek zrujnować. Przypominam - tam, po drugiej stronie siedzi człowiek. Człowiek, który ma jakieś nadzieje, który wysmarował tego maila, czytając go wielokrotne, zmieniając, poprawiając, by wyszło idealnie. Człowiek, który czeka, a im dłużej czeka, tym bardziej się martwi, gdzie popełnił błąd. Co takiego napisał, że nie jest wart nawet krótkiej odpowiedzi "Dziękujemy, na razie nie poszukujemy nowych pracowników". Tyle i aż tyle.

Jeśli był Twoim klientem, myślisz, że dalej nim będzie? Nie. Musiałabyś nie mieć żadnej konkurencji, by nie mógł zrezygnować z Twoich usług/produktów. To jedna osoba, a teraz wyobraź sobie, że nie odpowiedziałaś na dziesiątki, setki takich maili.

Jest jeszcze jedna rzecz - nigdy nie wiesz, czy wśród tych kandydatów nie ma osoby, która podniosłaby Twoją firmę na wyższy poziom. Pracownika błyskotliwego i pomysłowego, który chce być częścią społeczności, którą tworzysz. Tak - społeczności. Nie zapominaj, że w pracy spędzamy co najmniej 40 godzin tygodniowo, trzeba by być naprawdę upartym,  by między ludźmi nie zawiązała się jakaś więź. Późnej okaże się, że ów kandydat pomógł Twojej konkurencji, a Ty będziesz próbowała wyciągnąć go z tamtej firmy. I wiesz co? Nie zdziw się, gdy nie dostaniesz odpowiedzi.

12/26/2019

Święta poza domem z refleksją

Święta poza domem z refleksją
Choć i tak większość z nas spędza święta w domu rodzinnym, coraz częściej - na wzór amerykański - wykorzystujemy te kilka dni wolnego na wspólny wyjazd. To taka mała próba spełnienia marzeń o prawdziwych świętach: rodzina w komplecie, dwanaście dań na stole, śnieg za oknem, w tle słychać świąteczne piosenki i kolędy. Prawdziwy wypoczynek :) Nocując w hotelu odpada cała męcząca otoczka świąt - sprzątanie, przygotowywanie jedzenia, zapewnienie komfortowego noclegu wszystkim naszym gościom i każdy ma odpowiednio dużo przestrzeni dla siebie. W takiej atmosferze magia świąt rodzi się sama.

Świąteczny wyjazd pozwoli przełamać co roczną rutynę z oglądaniem "Kevina" (proszę mnie nie linczować, ale na litość, jak często można to powtarzać?) Następnego dnia skoczycie na narty lub posiedzicie razem w hotelowym barze popijając grzańca. Możecie też wybrać się na wspólne zwiedzanie miejscowości, porobić piękne zdjęcia na pamiątkę i przede wszystkim - zadbać o Wasze relacje, wzmocnić je. W końcu wypoczęci nie będziecie tak skorzy do kłótni o swoje poglądy ;)

Jednak w tym wszystkim jest jedno "ale", o którym chciałabym żebyś pamiętała. Możesz spędzić święta w ten piękny, wymarzony i magiczny sposób dzięki osobom, które... pracują w święta. To recepcjoniści, kelnerzy, pracownicy kuchni, osoby sprzątające. Gdyby nie cała obsługa hotelu, mogłabyś zapomnieć o wyjeździe na święta. Zapewne właśnie Twoja głowa zaczyna się buntować przed tym, co piszę: nikt im przecież nie kazał pracować w święta. Tak myślisz? Rozczaruję Cię. NIKT nie chce spędzać świąt w pracy, ale żeby obiekt funkcjonował, ktoś musi. Powiesz: przecież w wielu firmach pracuje się w święta i te dni są dodatkowo płatne. Nie w hotelarstwie. Pracownicy hoteli nie dostają żadnych dodatkowych pieniędzy za pracę w święta (chyba że pracodawca z własnej woli ich wynagradza, ale zastanów się - ilu to robi, skoro nie musi?). Niestety, nawet prawo ich nie chroni w tej kwestii. Niech zmienią pracę, jak im się nie podoba? W porządku, tylko wrócimy do początku tego akapitu - nie spędziłabyś świąt w pokoju z widokiem na góry.

Świąteczny wyjazd, Boże Narodzenie
Photo by Zoltan Tasi on Unsplash


Dlaczego o tym piszę? Nie mam zamiaru zniszczyć Ci świąt, ani odwodzić od spędzania ich poza domem. Zwracam na to uwagę, ponieważ niejednokrotnie słyszałam od pracowników hoteli, jak goście w te dni potrafią dać im w kość czepiając się o byle głupstwa lub swoim chamstwem sprawić im przykrość. A im nie wolno powiedzieć nic, co mogłoby zaszkodzić wizerunkowi hotelu. Dlatego często zostają po godzinach, bo Ty chcesz ze szwagrem i ciotką Helką pić w barze do drugiej w nocy, chociaż bar zamykany jest o 23:00. Dlatego o czwartej rano w recepcji jest ktoś na nogach i mimo okrutnego zmęczenia uśmiecha się do Ciebie i udziela pomocy. Nawet, jeśli to trzecia noc z rzędu.

Ty jesteś z rodziną, spędzasz czas z bliskimi, oni - nie. Ty wrócisz wypoczęta do domu, pochwalisz się znajomym zdjęciami na Instagramie, a oni wrócą po kolejnej zmianie i będą marzyć tylko o tym, by się wyspać. Dlatego proszę Cię jedynie o zwykłą ludzką uprzejmość, trochę empatii w stosunku do osób, które zapewniają Ci komfortowy wypoczynek. I to nie tylko od święta, ale przy każdym wyjeździe. Zanim zrobisz awanturę o złą temperaturę w pokoju albo słaby zasięg wi-fi, zastanów się, czy to na pewno jest powód do awantury? Czy nie można zapytać o to grzecznie?

Bądźmy dla siebie mili. Tak zwyczajnie.

Życzę Ci w nadchodzącym roku uśmiechu na co dzień i miłości, która będzie Cię wypełniać. Dobroci i życzliwości, która będzie do Ciebie wracać. Wewnętrznego spokoju i poczucia sprawiedliwości. Siły i wytrwałości do zmian na lepsze. Odnajdywania w innych tego, co dobre, a nie tego, co Was dzieli. Odwagi do bycia sobą.

11/26/2019

Wakacje w Turcji - przeczytaj zanim zabukujesz bilet!

Wakacje w Turcji - przeczytaj zanim zabukujesz bilet!
Uważana za jeden z najpiękniejszych krajów basenu Morza Śródziemnego. Przyciąga, bo łączy w sobie kulturę europejską z orientem. Biura turystyczne już dziś krzyczą do nas nagłówkami o cudownych wakacjach 2020 w Turcji first minute za atrakcyjną cenę. Myślisz, czy by się nie skusić: gwarancja pięknej pogody, piaszczyste plaże, lazurowe morze, wspaniałe zabytki świadczące o bogatej historii i kulturze, no i ta cena!

morze, plaża, góry

Skusisz się?

Bo ja nie. Zdziwiona? Już wyjaśniam. Chcę powiedzieć Ci o Turcji coś jeszcze. Coś o czym media już zapomniały (skończyło się zaledwie na kilku wzmiankach, a teraz znów cisza), a biura turystyczne z przyjemnością przemilczą. Coś, co jest solą w oku egzotycznej Turcji. Coś, co powinno być powodem, dla którego nie obierzesz jej jako kierunku dla swojego urlopu.

Turcja zaatakowała kurdyjską Rożawę - jedyny demokratyczny, a nie religijny, region obejmujący tereny północnej Syrii.

Gdy Amerykanie postanowili opuścić kraj, który już się "nie opłaca", Turcja zrzuciła bomby. Ponownie, ludność Syrii została sama i ponownie zachód urządza im piekło.

Ale nie chodzi tylko o Kurdów. Erdogan nie ma oporu przed zabijaniem ludzi różnych wyznań mieszkających na terenie Północno-Wschodniej Syrii. Ten obszar zamieszkują m.in. Jezydzi, Asyryjczycy, Chaldejczycy czy Ormianie. W Rożawie mieli to, czego nie mogą mieć w żadnym z regionów kontrolowanych przez radykalnych muzułmanów: wolność wyznania, słowa i mediów, równouprawnienie płci, szkoły, w których dzieci uczą się swojego języka (nie tylko arabskiego). Jak widać, nie wszystkim się to podoba. I to jest wystarczający powód, by zabić.

Syrian Democratic Forces
Kurdyjskie żołnierki z Syryjskich Sił Demokratycznych (Syrian Democratic Forces)
źródło: jacobinmag.com

Dokąd iść, gdy nie ma dokąd pójść?

Ludzie uciekają, chociaż nie bardzo mają gdzie. Większości nie stać na to, by docierać do obozów znajdujących się w Iraku. Kierują się gdziekolwiek, byleby dalej od linii frontu. Tam, gdzie znajdą schronienie, nie mają dostępu do czystej wody czy prądu. Wiele budynków jest pozbawionych okien i drzwi.

Wycofują się organizacje pomocowe, bo jest zbyt niebezpieczne. Uciekają dziennikarze, więc nie ma kto o tym mówić, a Erdogan, siedząc w wygodnym fotelu, w imię swoich urojonych ambicji skazuje ludzi na śmierć. Nie ruszając się ze swojego eleganckiego gabinetu, planuje rzeź i posyła żołnierzy, by wykonali za niego brudną robotę. Przypomina mi się ta sytuacja, gdy Trump chwalił się zabójstwem przywódcy Państwa Islamskiego. Mówił, że oglądał to na ekranie telewizora i czuł się, jakby oglądał film. JAKBY OGLĄDAŁ FILM. Dla Erdogana to zapewne także tylko film. Film o ludziach, których życie przerwała wojna. Film o uciekających przed bombami, szukających schronienia, żyjących z dnia na dzień, z godziny na godzinę, bo co można zaplanować, gdy nie ma pewności, czy dożyje się poranka?

Odnoszę wrażenie, że jest coraz gorzej. Że cały świat zwalnia, by zatrzymać się w pół drogi i zawrócić na ścieżce moralnej ewolucji. Nie cywilizujemy się. Paru facetów na tzw. szczycie przestawia nas jak pionki, decydują o naszym życiu, bawią się w wojnę bez żadnych konsekwencji. Ot, jeden drugiego potępi na Twitterze. A ludzie giną. Potwory bez sumień zostają przywódcami krajów, krzycząc o nacjonalizmie i patriotyzmie, dając przyzwolenie na nienawiść i pogardę. Robią z ludzi zwierzęta gotowe zabić każdego, kto nie pasuje do obrazka. Dzisiaj to oni, jutro to możesz być Ty. Nacjonalizm, by trwać, potrzebuje wroga.

Myślisz, że nie możesz nic z tym zrobić?

Nie ochronisz ludzi własną piersią przed tureckimi oddziałami. Nie zapewnisz schronienia tysiącom uciekającym przed wojną ofiar. Możesz jednak nie zostawiać w państwie Erdogana swoich pieniędzy. Czy w dalszym ciągu marzy Ci się all inclusive w słonecznej Turcji?

Jeśli ja Cię nie przekonałam, może im się uda:
Wspieram Kurdyjską Rewolucję w Rojavie
Jak wygląda sytuacja w Rożawie?


11/15/2019

Czy potrzebujemy wojny?

Najnowsze badania (2019) pokazują, że na depresję cierpi 350 milionów ludzi na świecie. Szacuje się, że w Polsce depresję ma 1 na 10 osób. Chociaż znana jest od starożytności (z depresją walczyli nawet Sumerowie), to nazywana jest plagą XXI wieku. Depresja, stany lękowe i silny stres - święta trójca naszych czasów. Patrząc na to, że szczęśliwie żyjemy w kraju, gdzie panuje pokój, na kontynencie, gdzie nie toczy się żadna wojna, a mimo to ludzkość opanowała plaga smutku i beznadziei, przyszła mi do głowy jedna myśl...

Czy potrzebujemy wojny, by żyć?

Tak na dobrą sprawę przestaliśmy mordować się jak najęci po II wojnie światowej. Wiem, na świecie wciąż są tereny objęte konfliktami (wściekam się na Turcję za atak na Rożawę), jednak wojny nie obejmują już całego świata. Większość skupiona jest w Afryce i... tam odsetek osób chorych na depresję jest zdecydowanie niższy niż w Europie.

Pamiętasz te wszystkie hasła, które miały Cię pocieszyć?
"Przesadzasz, inni mają gorzej."
"Dzieci w Afryce głodują, a Ty robisz problem z takich rzeczy."
"Jesteś zdrowa, masz co jeść, masz dach nad głową, a narzekasz."

Pomijając, że niezrozumiałe jest dla mnie, jak osobie chorej na depresję ma pomóc fakt, że inni mają gorzej, to ludziom żyjącym w krajach objętych konfliktami zbrojnymi brakuje właśnie tych podstawowych elementów niezbędnych do egzystencji. Zgodnie z piramidą Maslowa, jeśli nie spełnimy naszych podstawowych potrzeb (głód, bezpieczeństwo, potrzeby społeczne), nie będziemy w ogóle myśleć o potrzebach wyższego rzędu, jakimi są poczucie własnej wartości, uznanie, czy samorealizacja. Myślę, że brak możliwości spełnienia tych potrzeb, mimo odpowiednich warunków, może być przyczyną depresji oraz reszty krewnych i znajomych królika.

Mimo teoretycznie odpowiednich warunków. Masz co jeść, masz dach nad głową, pracę, rodzinę, przyjaciół, piątkowe wyjścia na piwo. Możesz się uczyć, rozwijać, podróżować. Teoretycznie. Podobno przeciętnemu Polakowi oszczędności nie pozwoliłyby przeżyć miesiąca. Większość tego, co zarobi idzie przede wszystkim na pokrycie kosztów życia: czynsz, rachunki, żywność. Po pracy wielu z nas nawet nie ma siły rozmawiać z innymi ludźmi, a co dopiero mówić o rozwijaniu swoich pasji (potrzeba samorealizacji). W pewnym momencie musi więc pojawić się frustracja, musi pojawić się stres.

No właśnie, stres...

Sam w sobie nie jest zły, w odpowiedniej dawce powinien motywować nas do działania - pokonywania przeszkód lub ucieczki. Jednak zbyt silny, często powracający lub długotrwały przynosi tragiczne skutki. Podobno 75% chorób, z którymi ludzie zgłaszają się do lekarza jest wynikiem stresu. Oprócz obniżenia odporności, obniża także poczucie własnej wartości, co może prowadzić (a jakże) do depresji. Może wywołać stany lękowe, np. w sytuacji, gdy już któryś raz zmieniasz miejsce pracy, bo w poprzednim była toksyczna atmosfera/mobbing/zła organizacja, a w tym nowym okazuje się, że masz powtórkę z rozrywki. Znów stres związany z obciążeniem ilością obowiązków, szef, który poniża lub manipuluje... Chciałabyś odejść, jednak pojawia się ten strach, że w następnym miejscu będzie dokładnie tak samo. Zostajesz w miejscu, które wyniszcza Twoje zdrowie w obawie przed nieznanym. Niedziele zaczynają Cię przerażać, bo po nich jest poniedziałek. Cały tydzień czekasz tylko na piątek, odetchniesz w sobotę, a w niedzielę znów zacznie się Twoje osobiste piekło. Utknęłaś w błędnym kole.

Według badania The Workforce View in Europe 2017 przeprowadzonego na zlecenie ADP Polacy to najmocniej zestresowani pracownicy w całej Europie. 22% ankietowanych przyznało, że stres w pracy odczuwa codziennie. CODZIENNIE. Jasne, zawsze można powiedzieć, że jak się nie podoba, to niech zmienią pracę. Tak, w Warszawie, we Wrocławiu, w Poznaniu, Gdańsku, Krakowie... ale nie w Nowosiółkach, czy Dźwinaczu Dolnym, gdzie może jest jeden, dwa zakłady pracy na krzyż. Gdzie połowa mieszkańców i tak już dojeżdża do troszkę większych miejscowości, by W OGÓLE mieć pracę. Przecież zawsze można się przeprowadzić, powiesz. Tak, to proste spakować się i wyjechać, o ile jesteś singielką. Mając rodzinę, nie decydujesz już sama. I tu rodzi się kolejne pytanie...


Próbować naprawiać, czy odejść?

To jest pytanie, na które wciąż nie znalazłam właściwej odpowiedzi, a czytając rady "specjalistów" z internetu o przeprowadzkach i zmianach pracy, stwierdzam, że chyba nikt jej nie zna. Owszem, odejście jest rozwiązaniem dobrym, szczególnie jeśli trafisz do lepszego miejsca. Nie zmienia to jednak niczego z perspektywy tych, którzy zostaną. Zmieniamy sytuację swoją, ale tak naprawdę nie zmieniamy niczego globalnie. Rozumiesz, o czym mówię? Rotacja pracowników nie dziwi już żadnego przedsiębiorcy, może troszeczkę irytuje, bo trzeba znaleźć kogoś nowego i wszystkiego nauczyć (a to są koszty). Jednak żaden z nich nie zastanawia się, dlaczego ludzie odchodzą. Przede wszystkim nie dostrzegają problemu w sobie. Jak to mówią: ryba psuje się od głowy, a żaden prezes firmy nigdy się z tym nie zgodzi, chyba że za rybią głowę uznaje pracowników.


Wewnętrzne klęski żywiołowe

Jestem jednym z pierwszych roczników, który przyszedł na świat po transformacji. Moje pokolenie miało szczęście nie przeżyć żadnej wojny, żadnej okupacji, czy ucisku. Nie musimy walczyć z ciężkimi ograniczeniami naszych praw, nie zamyka nas się w więzieniach za krytykę władzy, nie przesłuchuje, gdy nie chodzimy na wybory, a sąsiedzi nie są zmuszani donosić na nas do specjalnych służb. Artyści mogą śpiewać o czym chcą, nikt ich nie cenzuruje. Te trudne czasy były równocześnie... proste. Było jasne z czym należy walczyć. Wszyscy byli wkurzeni z tych samych powodów, a to jednoczyło. 

My walczymy w samotności. Każdy po cichu próbuje zrobić coś ze spustoszeniem jakie wywołują mentalne klęski żywiołowe spowodowane codziennością. Hurraoptymistyczne media społecznościowe uderzają nas pięknie sfotografowanym życiem pięknych ludzi, panuje powszechny trend na bycie pozytywnym i ukrywanie niepasujących do tego obrazka uczuć. Oczekuje się, że poza pracą będziemy mieć tysiąc innych ciekawych aktywności, bo nie można być nudnym, jeśli chce się odnieść sukces. Ach, ten sukces. Jak grzyby po deszczu wyrastają firmy coachingowe, specjaliści od motywowania do działania. Dasz radę! Jesteś wielki! Możesz wszystko!

Chciałoby się zapytać - z czym tu walczyć? I to właśnie jest problem naszych czasów.


Źródła:
  1. http://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,350-mln-osob-choruje-na-depresje--statystyka,artykul,1722319.html
  2. https://obserwatorsgh.pl/528/depresja-jako-plaga-xxi-wieku/
  3. http://www.medonet.pl/zdrowie/wiadomosci,drogi-wyjscia-z-depresji---przeszlosc--terazniejszosc-i-przyszlosc,artykul,1656624.html
  4. http://twarzedepresji.pl/o-depresji-swiecie/
  5. https://www.newsweek.pl/polska/spoleczenstwo/polacy-i-stres-w-pracy-najwyzszy-wskaznik-stresu-w-europie/nr4q042
Copyright © Pani na M. , Blogger